News CA

Kreml już gra o polexit. I nie musi się nawet wysilać [OPINIA]

Jak wylicza Instytut Monitorowania Mediów, w przestrzeni publicznej funkcjonuje narracja o “wyroku dla polskiego rolnictwa” wynikającego z zawarcia umowy handlowej UE z Mercosurem, oskarżanie unijnej polityki klimatycznej o “energetyczne ubóstwo Polaków” i bajanie o kraju, który będzie działał na zasadzie Norwegii i Szwajcarii (czyli współpracując z UE, ale będąc poza nią) bądź stanie się — uwaga, uwaga — “Singapurem Europy”.

Wiadomo, z czego wynika pycha, o której pisałem wyżej. Na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka Unia to samo dobro. Akcesja była katapultą cywilizacyjną, trudno dziś w Polsce przejść kilkaset metrów, by nie natknąć się na inwestycję finansowaną ze środków unijnych. UE odmieniła polskie rolnictwo, wyremontowała szpitale i wyedukowała miliony ludzi. A to nie koniec: w najnowszym budżecie na lata 2028-2034 Polska ma otrzymać rekordowe 123 mld euro. Druga pod tym względem Francja dostanie 90 mld.

W erze postprawdy to wszystko ma jednak niewielkie znaczenie. Wielkiej Brytanii brexit nigdy się przecież nie opłacał, jeszcze kilka miesięcy przed referendum większość wyspiarzy chciała zostać w UE, a premier David Cameron w ogóle nie chciał organizować tego głosowania. Kiedy obiecywał je partyjnym eurosceptykom, miał nadzieję, że po wyborach nie zgodzą się na nie koalicyjni liberałowie. Torysi wygrali jednak tak wyraźnie, że nie potrzebowali koalicjanta i Cameron nie miał wyjścia.

Nie ma co się też pocieszać tym, że Zjednoczone Królestwo posłuży za przykład kraju, który podjął katastrofalną decyzję i wciąż za to płaci. W ewentualnej kampanii referendalnej będą przywoływane twarde dane: spadek wyspiarskiego PKB o 6-8 proc., inwestycji firm — o 12-18 proc., zatrudnienia — o 3-4 proc. itd. “Sunday Times” niedawno wyliczył, że od 2019 r. polska gospodarka urosła o prawe 18 proc., a brytyjska — o mniej niż 1 proc.

Po drugiej stronie zostanie zbudowany jednak przekaz bazujący na emocjach, opowieściach o odzyskaniu niepodległości, odrzuceniu brukselskiej biurokracji i wyzwoleniu z eurokołchozu. A pomyślcie, co będzie, gdy Polska zostanie — bo przecież kiedyś zostanie — unijnym płatnikiem netto. “Polskie dzieci płacą za luksusową starość niemieckich emerytów” — ta kampania sama się robi.

Konsekwencje opuszczenia UE byłyby katastrofalne, to banał. Ale zaboli nas samo istnienie tego tematu w dyskursie publicznym. Stosunek do Unii jest świetnym narzędziem polaryzacji. Zwolennicy polexitu mogą przecież powiedzieć wszystko, druga strona będzie musiała odpowiadać. Zamiast wyzwaniami, rozwojem, demokraci będą zajmować się imaginacjami.

Dwie dekady temu, przed referendum akcesyjnym, “wczoraj Moskwa, dziś Bruksela” najgłośniej krzyczeli Roman Giertych, Zygmunt Wrzodak, Antoni Macierewicz, Andrzej Lepper. Dziś sytuacja jest zdecydowanie trudniejsza i bardziej skomplikowana. Wiadomo, że najbardziej zainteresowany polexitem jest Kreml, a agenci Putina (tiktokowe “Prawilne_Polki” nie spadły z kosmosu) nie muszą się nawet specjalnie wysilać. Nie dość, że wprost nawołująca do polexitu partia Grzegorza Brauna ma już 8 proc. poparcia, to — przede wszystkim — od lat w polskim mainstreamie funkcjonują politycy, którzy przedstawiają się jako “eurorealiści”, a tak naprawdę zniechęcają do UE. To Andrzej Duda nazywający ją “wyimaginowaną wspólnotą”, Jarosław Kaczyński diagnozujący jako “ciężką chorobę” czy Karol Nawrocki mówiący o “gasnącej gwieździe”. Żaden nie zrobił niczego, by Unię wzmocnić, wszyscy zrobili wiele, by ją osłabić. Ale jeśli Polska wyjdzie kiedyś z UE, to nie tylko przez “eurorealistów”, ale także przez nadmierną pewność siebie demokratów.

Related Articles

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to top button