News UK

Mecz na szczycie Ekstraklasy, czyli zderzenie dwóch światów

Ogień i woda. Niebo i ziemia. KGHM Zagłębie Lubin za Leszka Ojrzyńskiego i Lech Poznań za Nielsa Frederiksena. Innymi słowy — skrajne przeciwieństwa. Bo choć w tym momencie i Miedziowi, i Kolejorz zaliczają się do czołówki Ekstraklasy, osiągnęli ten status w całkowicie różny sposób.

Niedzielny mecz przy Marii Skłodowskiej-Curie w Lubinie będzie zderzeniem dwóch koncepcji, które w uproszczeniu można przedstawić tak — miejscowi nie potrzebują piłki przy nodze do szczęścia, a goście z Poznania oddawaliby ją rywalom najrzadziej, jak tylko się da.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Zagłębie Lubin jak Puszcza Niepołomice

Trzy lata, cztery miesiące oraz dwanaście dni — tyle spędził na bezrobociu Ojrzyński między utratą posady w Koronie Kielce pod koniec października 2022 r. a objęciem Zagłębia w marcu 2025. Długo, a dla samego zainteresowanego wręcz cholernie długo (by nie użyć jeszcze bardziej dosadnych określeń…). Tak naprawdę wydawało się, że kolejnej szansy w Ekstraklasie już nie dostanie, bo był kojarzony z bardzo prostym stylem gry, opartym przede wszystkim na waleczności. Ani nie pojawiały się oferty, ani specjalnie nikt nie dopominał się powrotu do ligi akurat tego szkoleniowca, który zdawał się reprezentować przeszłość. Aż wreszcie rok temu o tej porze w Lubinie zaczęto drżeć o utrzymanie i przypomniano sobie, że jest taki trener, który akurat doświadczenie w ratowaniu przed spadkiem ma ogromne. I nawet jeżeli nie osiągał oczekiwanych wyników w efektownym stylu, to w Miedziowych już takie rzeczy nikogo nie interesowały. Szefostwo obchodził konkretny rezultat, nic więcej.

Ojrzyński był bardzo zdeterminowany, by pokazać całemu światu, że został skreślony przedwcześnie, a już na starcie musiał zmierzyć się z ogromną niechęcią, bo decyzja władz Zagłębia była krytykowana jak Polska długa i szeroka. I co? I niespodziewanie szkoleniowiec nie tylko utrzymał Miedziowych w Ekstraklasie, lecz także uczynił z nich trzecią siłę ligi. Za kadencji 53-latka tylko dwie ekipy zdobyły więcej punktów od Lubinian (55) — Lech (58) oraz Raków Częstochowa (57). Niesamowity rezultat.

Choć osiągnięty w bardzo mało efektowny sposób. Ba! Stylem gry Zagłębie najbardziej przypomina… Puszczę Niepołomice z poprzedniego sezonu, który zespół z Małopolski zakończył jako jeden ze spadkowiczów. I to żadna złośliwość, tylko fakty. Miedziowych i drużynę Tomasza Tułacza łączy wiele — średnio tyle samo trwały ich akcje (po 6,6 sekundy, najmniej w Ekstraklasie), składały się z takiej samej liczby podań (po 2,4, także najmniej w stawce), co dawało identyczne posiadanie (39 proc., oczywiście także najniższe w lidze). Do tego i jedni, i drudzy byli najlepsi w blokowaniu strzałów oraz podań i świetni w kreowaniu sytuacji po stałych fragmentach (Top 2 w oczekiwanych golach wypracowanych w ten sposób). Krótko — te ekipy grały bliźniaczo, tyle że efekty takiej gry są różne. Dlaczego?

Michalis KosidisJakub Piasecki / newspix.pl

Po pierwsze, po prostu Zagłębie ma lepszych wykonawców tych założeń niż Puszcza, a po drugie, zwyczajnie miało szczęście. I ponownie — to fakty. W tym momencie nikt w Ekstraklasie nie ma lepszego bilansu punktów zdobytych oraz oczekiwanych — Miedziowi zebrali aż dziewięć ponad to, co powinni mieć na koncie, biorąc pod uwagę sytuacje stworzone oraz to, co w potyczkach z nimi kreowali przeciwnicy (wg Opty). Tak naprawdę zgodnie z tabelą xPts zasłużyli na 13. miejsce, dużo poniżej tego, które aktualnie zajmują. Co z tego wynika? W najbliższych tygodniach mimo wszystko Lubinianie najprawdopodobniej osuną się w tabeli i nie zdołają utrzymać pozycji dającej europejskie puchary.

Trzeba inaczej

Z kolei ich najbliższy rywal — Lech — to najlepszy zespół według punktów oczekiwanych i to zdecydowanie, bo kolejnych w tym zestawieniu konkurentów wyprzedza o niemal cztery. Kolejorz zapracował na to stylem biegunowo odległym od Zagłębia — to najlepsza ekipa ligi pod względem liczby podań na akcję (3,7) i druga w przeciętnym czasie trwania akcji (9,7 sekundy) oraz posiadaniu piłki (niecałe 57 proc.). A to wszystko i tak w sezonie, w którym ze względu na łączenie rywalizacji w Ekstraklasie z Pucharem Polski (do poprzedniego tygodnia) i Ligą Konferencji trener Frederiksen musiał nieco odejść od swoich standardowych założeń.

— Oglądając mecze, czasem mam wrażenie, że nie warto mieć piłki przy nodze. Inną grą można osiągnąć lepsze wyniki — przyznał w lutym po triumfie nad Piastem Gliwice (3:0).

Niels FrederiksenPatryk Pindral / newspix.pl

Zrobił to niechętnie, bo Duńczyk wolałby, żeby drużyna dominowała z futbolówką, stwarzała przewagę liczebną w środku pola, tym sektorem boiska przeprowadzała większość ataków i w ten sposób osiągała sukcesy, ale coś, co przyniosło mistrzostwo kraju w ubiegłych rozgrywkach, w trwających ze względu na natłok spotkań i serię kontuzji już nie działało. Jednak dopiero porażka poniesiona przy Bułgarskiej z… Miedziowymi 1:2 ostatecznie przekonała szkoleniowca, że czasem trzeba inaczej.

— Bardzo dużo z tego, co zapowiadał nam trener Ojrzyński, sprawdziło się — mówił stoper Lubinian Michał Nalepa o tamtym spotkaniu.

Zawodnicy Zagłębia pilnowali środka, czekali na kontrataki oraz stałe fragmenty i to wystarczyło, bo Lech zaprezentował się dokładnie tak, jak spodziewali się goście. Dopiero to zmieniło optykę Frederiksena i w następnej kolejce w Niecieczy przeciwko Bruk-Betowi Termalice postawił na bardziej praktyczne podejście, czyli częstsze cofanie się na własną połowę i oddawanie inicjatywy. Poskutkowało. Choć Kolejorz zanotował najniższe posiadanie za kadencji Duńczyka (ledwie 46 proc.), to odniósł zwycięstwo 2:0 i pokazał inne, mniej oczywiste oblicze. A co będzie w niedzielę? Wydaje się, że mistrzowie Polski prezentują styl wymarzony dla gospodarzy, ale skoro wiedzą o tym wszyscy, być może goście zaskoczą miejscowych tak jak w Niecieczy?

Related Articles

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to top button