Tenisowy badminton Mai Chwalińskiej. Warto się zastanowić, co dalej

“Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie / Świat, w którym baśń ta dzieje się / Maleńka pszczółka mieszka w nim / Co wieść chce wśród owadów prym / Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią Mają / Wszyscy Maję znają i kochają / Maja fruwa tu i tam / Świat swój pokazując nam / Dziś spotka Was maleńka, zwinna pszczółka Maja / Śmiała, sprytna, rezolutna Maja / Mała przyjaciółka Maja / Maju, (Maju) Maju, (Maju) / Maju, cóż zobaczymy dziś?”
Moje pokolenie wychowało się na tej dobranocce. Nie była polska, wyprodukowano ją w kooperacji austriacko-zachodnioniemiecko-japońskiej z czechosłowackim wsparciem muzycznym Karela Svobody, niemniej kultowa piosenka Zbigniewa Wodeckiego sprawiła, że została przez nas udomowiona i wszyscy traktowali ją jak własną. A jej słowa idealnie pasują właśnie do tego, co na kortach Rolanda Garrosa zaprezentowała w tym roku mierząca zaledwie 164 cm tenisistka Maja Chwalińska.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Zawodniczka z Dąbrowy Górniczej przebiła się przez eliminacje, a potem swymi niesamowitymi, spadającymi tuż przed linię końcową balonami wybiła z głowy tenis mistrzyni olimpijskiej Qinwen Zheng i następnie Elise Mertens. Chinka chyba pierwszy raz zetknęła się z rywalką, która non stop “bzyczała” jej w Wielkim Szlemie w taki sposób. Nie próbowała zmiażdżyć, stłamsić, dotkliwie poranić mocnymi uderzeniami, a po prostu metodycznie wypraszała z kortu swoimi natarczywymi topspinowymi forhendami i bekhendami. Maja wiedziała, że wdając się w strzelaninę, szanse na zwycięstwo są prawdopodobnie minimalne, więc tego dnia wymyśliła i zaproponowała coś skrajnie innego. Tak naprawdę nie tenis, a grę w tenisowego badmintona.
I właśnie tym “badmintonem” zmusiła złotą medalistkę igrzysk sprzed dwóch lat do dramatycznie defensywnej jak na nią gry pod plandekami. Azjatka po meczu wyjaśniała wręcz, że nie miała już przestrzeni, by cofnąć się jeszcze bardziej, bo i tak ustawiała się na tyle daleko, że bała się zderzeń z sędziami liniowymi. Raz zresztą jednego z nich zahaczyła. Ale brak przestrzeni wszystkiego przy tej okazji nie tłumaczy.
Maja ChwalińskaAawsat, Robert Prange / Contributor/Getty Images / Getty Images
Tu kluczowy okazał się przede wszystkim brak pomysłu, co zmienić i jak szybko dokonać taktycznej transformacji. I wówczas przekonaliśmy się, że nawet największe gwiazdy w trakcie rywalizacji na punkty mają z tym często problem. Jak duży, przekonaliśmy się dość dobrze podczas spotkania z mediami, gdy Zheng zalała się łzami, raz za razem brała głęboki oddech, ukrywała twarz w dłoniach i długo szlochała. W pewnym momencie przyniesiono jej paczkę chusteczek, a ona w ogóle przestała odpowiadać na pytania. Tego dnia po prostu przegrała z presją. Choć na pewno koncentracji nie ułatwił jej też fakt, że przed turniejem wypadek samochodowy miał jej hiszpański coach Pere Riba.
“Pszczółka Maja” Chwalińska spowodowała w Paryżu, że w rankingu live doszło do gwałtownych przetasowań. Polka po raz pierwszy w karierze zapewniła sobie miejsce w pierwszej setce, a sponiewierana mentalnie i zdrowotnie przeciwniczka (po operacji długo była w tourze nieobecna) spadnie po French Open w okolice 120. miejsca w rankingu WTA. Czyli bardzo daleko za Polkę. No cóż, tenis bywa okrutny, lecz tym razem to już na szczęście nie są nasze problemy i zmartwienia. Mistrzyni, którą podczas przyjęcia chińskich medalistów igrzysk indywidualnie wyróżnił przewodniczący Xi Jinping, w świętym dla siebie miejscu przeżyła głęboki szok. Gdyby uległa Idze, Sabalence czy Rybakinie, byłaby rozczarowana, lecz z pewnością nie tak rozbita jak po klęsce z anonimową wydawało się konkurentką. Klęsce, która sportowo (czy ktoś wyobraża ją sobie teraz startującą w eliminacjach lub błagającą o dzikie karty?) naruszyła jej dumę i sprowadziła na kolana.
Dla niej była to klęska, dla naszej rodaczki życiowa wiktoria i triumf. Jednak przy całej sympatii dla zwyciężczyni i docenieniu niezwykłego, gigantycznego sukcesu, warto się zastanowić, co dalej. Czy na tym wydarzeniu zbuduje się teraz coś naprawdę wielkiego, czy będzie to jednorazowe “bum”, które w takim wymiarze już nigdy się nie powtórzy? Tego nie da się dziś przewidzieć, choć oczywiście wierzymy, że górę weźmie opcja numer 1.
Leworęczna zawodniczka prowadzona przez Jaroslava Machovskiego wkrótce skończy 25 lat, a więc jest w idealnym wieku, by dalej się rozwijać. Zdrowie — przynajmniej na ten moment — dopisuje. Na Garrosie zostały też zarobione pieniądze gwarantujące spokojne planowanie kalendarza i budżet pozwalający na co dzień na zatrudnianie najlepszych specjalistów. Ten szlem oznacza więc znacznie większe plony, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.
Należałoby właściwie napisać, że jest to wynik jak z bajki. A warto zauważyć, że kreskówki na korcie odgrywają dziś ciekawą, prognostyczną rolę. Pamiętacie Wiktora Zborowskiego, gdy na tle zachodzącego nad Warszawą słońca w scenerii z filmu “Król lew” opowiadał Idze o nowej królowej tenisa? Występowało tam ciemne miejsce, które chwilowo nie należy do nas. — To jest trawa, jedzą ją antylopy — tłumaczył Zborowski Świątek. Dziś trawa znajduje się już na jej terytorium i oby podobnie było z przyjaciółką, która “fruwa tu i tam, świat swój pokazując nam”. Oby po jej sukcesach Zbigniew Wodecki dźwięczał nam w uszach jak najczęściej.




