Chwalińska czekała w Toronto. Zaskakujący koniec, krecz mistrzyni świata

Przełom maja i czerwca całkowicie zmienił sportowe życie podopiecznej trenera Jaroslava Machovsky’ego. Maja Chwalińska przystępowała do zmagań w Paryżu jako 114. rakieta świata – musiała przebijać się przez trzystopniowe kwalifikacje. Poradziłą sobie z tym wyśmienicie, nabrała pewności. A później w głównej drabince wygrała sześć spotkań, dotarła do wielkiego finału. I choć przegrała go z Mirrą Andriejewą, to w naszym kraju stała się niemal bohaterką narodową. Nawet ludzie, którzy niespecjalnie interesują się sportem, ale znali Igę Świątek, teraz kojarzą już także Chwalińską.
Maja wskoczyła na 21. miejsce na świecie. Dziś, mimo że od tamtego finału z Andriejewą tylko raz wyszła na kort, jest 22, bo właśnie wyprzedziła ją Alexandra Eala. To znakomita pozycja wyjściowa do pokazania, że sukces w Paryżu wcale nie był dziełem przypadku.
Maja w sierpniu nie broni punktów, do połowy września jest zgłoszona do pięciu wielkich turniejów – dwóch rangi 500 w Meksyku, dwóch rangi 1000 w Kanadzie i USA. A także do US Open. To doskonała okazja nawet na kolejny skok w rankingu.
Pierwsza szansa nadarzy się zaś już we wtorek.
WTA Toronto. Maja Chwalińska czekała na wynik meczu potencjalnych rywalek. Krecz w drugim secie
Polka została w Kanadzie rozstawiona z “18” – to efekt wycofań Karoliny Muchovej, Victorii Mboko i Jasmine Paolini. Losowanie miała dość udane, przynajmniej do etapu czwartej rundy, bo tam w tej części drabinki znajduje się Aryna Sabalenka. Jako zawodniczka zwolniony z gry w 1/64 finału czekała na ruch rywalek.
W jej sekcji los skojarzył bowiem dwie sąsiadki z rankingu – Elisabettę Cocciaretto oraz Talię Gibson. Włoszka była faworytką, świetnie prezentowała się w Waszyngtonie, pokonała tam m.in. Clarę Tauson i Emmę Navarro. A później odebrała seta Naomi Osace, choć zacięty mecz z Japonką o półfinał przegrała. Potrafi grać ofensywnie, przyspieszać akcje, bywa niewygodna dla tenisistek defensywnych. No i ma w dorobku całkiem sporo sukcesów, zwłaszcza z reprezentacją Włoch. Dwukrotnie wygrywała Billie Jean King Cup, czyli drużynowe mistrzostwa świata.
Włoszka miała w gemie otwarcia szansę na przełamanie, ale już za chwilę sama znalazła się w kłopotliwej sytuacji. Australijka wywalczyła breaka, za chwilę podwyższyła na 3:0. I pewnym krokiem szła po swoje. Drugie przełamanie dało jej triumf w całym secie – 6:2. A po minie Cocciaretto widać było, że coś jest nie tak.
Włoszka poprosiła o przerwę medyczną, miała problem z lewym kolanem. Zgłaszała już ten uraz podczas spotkania z Tauson w Waszyngtonie, wtedy jednak wytrzymała do końca. I wygrała, co pewnie stało się dodatkowym bodźcem.
Wyszła jeszcze na drugą partię, od razu przełamała 22-latkę. A później już głównie statystowała. Po przegranym piątym gemie, przy stanie 2:6, 2:3, ostatecznie poddała spotkanie. A mimęło zaledwie 57 minut gry.
Tak więc to Talia Gibson będzie we wtorek rywalką Chwalińskiej. Jeszcze na początku sezonu były w podobnej sytuacji w rankingu, w drugiej setce światowej listy. Australijce dużo pomógł turniej w Indian Wells, tam przeszła kwalifikacje, dotarła do ćwierćfinału, ogrywając m.in. Aleksandrową, Tauson i Paolini. Pięć spotkań wygrała też w Miami, m.in. z Bejlek, Jović i Osaką. Znacznie gorzej było na mączce i trawie, ale przecież teraz znów gra na odkrytych kortach twardych.
I na dodatek w starciu z Chwalińską będzie miała pewną przewagę – ona ma za sobą już dwa spotkania w Memphis i Toronto.
- Roig nieobecny podczas meczu Świątek. Polka od razu wyjaśniła
- 6:0 na starcie meczu Świątek z Czeszką. Zaskakujące emocje w drugiej partii
Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd? Napisz do nas




