News UK

Jesteśmy sami i nikt nas nie lubi”. Brexit odciska piętno na Brytyjczykach. “Zachowaliśmy się jak głupcy

Miejscowość Worthing na południu Anglii na pierwszy rzut oka wygląda idyllicznie. Po promenadzie wzdłuż wybrzeża spacerują mamy z wózkami oraz starsi ludzie z psami. Przypadkowe rozmowy przerywają czasem krzyki mew.

Po brexicie coś się jednak zmieniło. Koniec swobodnego podróżowania spowodował spadek liczby turystów, a lokalne hotele, kawiarnie, restauracje i inne firmy musiały zacząć zwalniać pracowników. Spadła liczba inwestycji zagranicznych, a witryny wielu sklepów w malowniczym centrum miasta do dziś stoją puste. Zdobią je jedynie duże tablice z ofertami wynajmu lub sprzedaży całej nieruchomości.

Na promenadzie Gemma ma swój mały sklep z ręcznie robioną biżuterią, zabawkami i obrazami. Uśmiechnięta właścicielka sklepiku lubi mieszkać w tym mieście; wszyscy są tu przyjaźni, ale o polityce woli nie rozmawiać z sąsiadami. — W zasadzie wszyscy tutaj głosowali za brexitem i teraz wciąż popierają Nigela Farage’a, a ja go po prostu nie znoszę! — mówi. Ona sama stoi po zupełnie przeciwnej stronie: wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej odbiło się również na jej działalności — nie może sprzedawać swoich produktów w Europie.

Znacznie bardziej jednak przeszkadza jej to, co brexit oznaczał na poziomie symbolicznym. “Wcześniej byliśmy częścią całości, a teraz jesteśmy sami i nikt nas nie lubi, bo zachowywaliśmy się jak egocentryczni głupcy”.

W 2016 r., kiedy 51,89 proc. Brytyjczyków opowiedziało się w referendum za wyjściem z Unii Europejskiej, pracowała jako kierowniczka sprzedaży w sklepie z meblami, które w dużej mierze eksportowano do innych krajów UE. Potem jednak firma musiała zacząć zwalniać pracowników, między innymi dlatego, że przestała eksportować do Unii. Gemma opuściła Kent i w spokojnym Worthing otworzyła swój sklepik, aby zarobić na życie. Jej historia to jeden z wielu przykładów rozczarowania.

Według analizy think tanku ekonomicznego Centre for Cities z okresu, kiedy negocjowano warunki brexitu, Worthing należało do miejsc, które najbardziej ucierpiały w wyniku wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii. Powodem jest duży wolumen eksportu na jedno miejsce pracy, co sprawia, że lokalne przedsiębiorstwa są wrażliwe na tarcia handlowe. W tym liczącym 100 tys. mieszkańców nadmorskim mieście do kluczowych sektorów należą przemysł farmaceutyczny i hotelarstwo. Prognoza w pełni się potwierdziła.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

— Biorąc pod uwagę, że miasto jest w znacznym stopniu uzależnione od zorientowanego na eksport przemysłu przetwórczego i usług, koniec jednolitego rynku UE oraz wprowadzenie barier pozataryfowych doprowadziły do kilku konkretnych lokalnych problemów — mówi Andy Willems, dyrektor wydziału planowania przestrzennego i gospodarki w radzie miejskiej. Firmy eksportujące leki musiały podjąć nowe działania, aby spełnić surowe normy europejskie, a część z nich wolała przenieść część produkcji do Europy kontynentalnej.

Większość mieszkańców nie traktowała poważnie pesymistycznych prognoz gospodarczych i w referendum zagłosowała za wyjściem. Teraz, według anonimowych sondaży, wielu z nich gorzko tego żałuje i nie chce zbytnio rozmawiać z dziennikarzami o swoim entuzjazmie przed brexitem.

— Oszukali nas, chciałem wyjścia z UE, bo obiecywali nam, że skończy się migracja i tak dalej, ale nic z tego nie wyszło — mówi Alec, mężczyzna w średnim wieku, który w okularach przeciwsłonecznych i rozpiętej koszuli słucha występu lokalnego gitarzysty na placu.

Natomiast Sharon, która cieszy się popołudniowym słońcem na ławce ze swoją dorosłą córką, podtrzymuje swoje ówczesne stanowisko. — Unia Europejska nie działała. Kiedy jest zbyt wiele krajów, które mają się dogadać, w końcu nic z tego nie wychodzi — mówi, dodając, że nie wie o żadnych negatywnych skutkach brexitu.

Kiedy jednak obie kobiety wstają i odchodzą, słychać, jak dalej kłócą się o pytanie dziennikarza, a córka próbuje wyjaśnić matce, co wszystko wydarzyło się w kraju w ciągu ostatnich 10 lat, również z powodu jej głosu.

“Brexit nastąpił w najgorszym możliwym momencie geopolitycznym”

Po samym referendum w czerwcu 2016 r., którego wynik zaszokował nie tylko Unię Europejską, ale także ówczesny brytyjski rząd konserwatystów (i autora pomysłu głosowania w sprawie brexitu) Davida Camerona, przedstawiciele Wielkiej Brytanii i Unii zasiadli do stołu negocjacyjnego i zaczęli ustalać, co oznacza wycofanie się jednej z największych europejskich gospodarek z Unii i jednolitego rynku.

Wielka Brytania faktycznie opuściła UE 1 lutego 2020 r., w samą porę, by jako niezależne państwo zmierzyć się z pandemią COVID-19, rosyjską inwazją na Ukrainę i związanym z nią kryzysem energetycznym, a także powrotem Donalda Trumpa do Białego Domu i jego dążeniami do ograniczenia handlu międzynarodowego za pomocą ceł.

— Brexit nastąpił w najgorszym możliwym momencie geopolitycznym — komentuje Robert Falkner, profesor stosunków międzynarodowych z Uniwersytetu London School of Economics (LSE). Jego zdaniem nie jest zatem łatwo określić, jakie szkody wyrządziło referendum. “To trochę gra w alternatywną historię, w której zgaduje się, co by się stało, gdyby”.

Mimo to jednak zarówno on, jak i jego koledzy analizują sytuację i choć nie da się wszystkiego dokładnie oszacować, to według analizy LSE i innych instytucji ekonomicznych nie ma wątpliwości, że wyjście z Unii osłabiło brytyjską gospodarkę.

— Dobrą wiadomością jest to, że nie doszło do ogromnego załamania i chaosu, którego wszyscy się obawiali, a raczej do stopniowego pogorszenia w wieku obszarach — mówi Falkner. Według trwającej trzy lata analizy LSE z powodu brexitu przeciętne brytyjskie gospodarstwo domowe płaciło rocznie o 250 funtów (ok. 1 tys. 230 zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej) więcej za podstawowe artykuły spożywcze. 20 tys. brytyjskich przedsiębiorstw całkowicie zaprzestało eksportu do Unii, a według brytyjskiego Krajowego Związku Rolników eksport żywności do UE w latach 2019–2024 spadł o 37 proc.

Unia Europejska przywiązuje dużą wagę do ochrony konsumentów — wszystko, co się w UE sprzedaje, czy to żywność, zabawki dla dzieci, czy odzież, musi spełniać normy bezpieczeństwa. Zasady te wcześniej miały automatyczne zastosowanie w Wielkiej Brytanii, ponieważ jako państwo członkowskie musiała je automatycznie spełniać (i właśnie ta “narzucona przez Brukselę” konieczność przeszkadzała zwolennikom brexitu).

Jeśli jednak przedsiębiorcy chcieli eksportować swoje produkty na rynek europejski nawet po wyjściu z UE, musieli uzyskać potwierdzenie, że nadal spełniają normy. Stanowi to zarówno ogromne obciążenie administracyjne, jak i dodatkowe koszty, na które zwłaszcza mniejsze firmy nie mogły sobie pozwolić.

Nie chodzi jednak tylko o eksport. Niepewność spowodowana wyjściem z UE oraz większa izolacja od reszty kontynentu oznaczały zarówno mniej inwestycji z zagranicy, jak i przenoszenie się wielu zagranicznych firm lub banków do krajów europejskich po drugiej stronie kanału La Manche. Wartość funta w stosunku do euro spadła w ciągu ostatnich dziesięciu lat o 16 proc., a większość brytyjskich artystów nie może już sobie pozwolić na trasy koncertowe po Europie ze względu na wyższe koszty wizowe i inne wydatki. Według oficjalnych danych brytyjskiego rządu w długiej perspektywie brexit spowodował spadek brytyjskiego PKB o 4 proc. Według niezależnego think tanku National Bureau of Economic Research nawet o 6–8 proc.

Oprócz marzeń o rozwoju gospodarczym “niepodległej” Wielkiej Brytanii nie spełniły się również inne wyobrażenia zwolenników brexitu. Faktem jest, że Wielka Brytania “odzyskała kontrolę” nad swoimi granicami [“take back control” było hasłem opowiadających się za opuszczeniem UE], a Europejczycy, zamiast dotychczasowego swobodnego wjazdu, muszą ubiegać się o rejestrację w przypadku krótszego pobytu, a o wizę w przypadku dłuższego.

To samo czeka jednak Brytyjczyków podczas podróży do Europy, więc na lotniskach, zwłaszcza w miesiącach letnich, tworzą się długie kolejki. Migracja — powód wszystkich tych ograniczeń — w latach po brexicie nie spadła, wręcz przeciwnie. W 2023 r. wzrosła do rekordowej liczby 930 tys. nowo przybyłych osób poszukujących lepszego życia na wyspach. Tylko że zamiast ludzi ze wschodnich krajów UE, teraz do kraju przybywa więcej osób z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.

Londyn wprawdzie zawiera nowe umowy handlowe, ale według ekspertów łatwiejszy handel z Indiami czy Australią nie jest w stanie zrekompensować odcięcia od największego partnera handlowego, który leżał zaledwie kilka kilometrów za morzem.

Koniec Wielkiej Brytanii?

Brexit wniósł do kruchego pokoju w Irlandii Północnej poczucie niepewności oraz zagrożenia, że wszystko znów się zmienia. To, że Londyn zgodził się na granicę na Morzu Irlandzkim — choć dotyczy ona tylko towarów — lokalni unioniści uważają za zdradę.

Granice w Irlandii Północnej całkowicie dominują w przestrzeni publicznej i oddzielają od siebie obie lokalne społeczności, tam gdzie to możliwe. Belfast, liczący 350 tys. mieszkańców, przecinają dziesięciometrowe betonowe mury z drutem kolczastym na szczycie, których bramy zamykane są na noc.

Oddzielają one dzielnice silnie republikańskie od unionistycznych, gdzie organizacje paramilitarne nadal mają dużą władzę. Na latarniach wiszą flagi brytyjskie lub irlandzkie, a mury zdobią polityczne murale. Głoszą one wszystkim odwiedzającym — tutaj jesteśmy Wielką Brytanią, a tutaj Irlandią. Nawet jeśli są to równoległe ulice.

Dopóki obie części wyspy irlandzkiej były częścią Unii Europejskiej i oferowały zasadniczo te same możliwości, granice z roku na rok odgrywały coraz mniejszą rolę. Teraz ponownie wysunęły się na pierwszy plan, a wraz z nimi przyszłość, na którą irlandzcy republikanie czekają od dziesięcioleci: zjednoczona Irlandia.

— Wizja zjednoczonej Irlandii nigdy nie była bardziej aktualna. Nie chodzi tylko o polityczne deklaracje, ludzie naprawdę się nad tym zastanawiają — mówi McBride. Unia Europejska również pomogła w tej kwestii, stwierdzając, że w przypadku zjednoczenia z Republiką Irlandii Irlandia Północna automatycznie stałaby się częścią UE-27.

— Dla wielu osób jest to zatem najprostsza droga powrotu do UE — wyjaśnia McBride. Porozumienie wielkopiątkowe umożliwia zwołanie referendum w sprawie zjednoczenia Irlandii co siedem lat, jednak do tej pory nigdy do tego nie doszło, ponieważ w sondażach w Irlandii Północnej nie znaleziono dotychczas większościowego poparcia dla zjednoczenia.

Obecnie jednak poparcie to wzrosło do niewielkiej większości (w samej Irlandii popiera to ponad 80 proc. ludzi), co grozi poważnymi starciami podczas ogłaszania wyników. Niemniej jednak na początku tego roku premier Irlandii Północnej Michelle O’Neill oświadczyła, że właśnie z powodu brexitu nadszedł czas na planowanie i przygotowania do referendum, które chciałaby zorganizować do 2030 r.

— Dla mnie nie jest to kwestia tego, czy, ale kiedy — mówi o zjednoczeniu Chris Donnelly, dyrektor szkoły podstawowej w Belfaście i były kandydat republikańskiej partii Sinn Fein do parlamentu północnoirlandzkiego.

Przypomina, że odsetek głosów oddanych na partie pragnące zjednoczenia rośnie wraz ze wzrostem liczby republikanów, a maleje liczba unionistów. — Wszędzie czuć, że to się zbliża. Nawet ludzie, którym wcześniej się to nie podobało, teraz poważnie o tym myślą i zastanawiają się, co by to oznaczało — dodaje Donnelly, zaznaczając, że taki rozwój sytuacji jest możliwy tylko dzięki brexitowi.

Republika Irlandii stała się nagle silniejszym gospodarczo krajem z większymi możliwościami, więc nawet niektórzy konserwatywni unioniści potrafią sobie wyobrazić swoje dalsze życie w takich warunkach. W ostatnich latach rekordowo wzrosła liczba osób posiadających zarówno brytyjski, jak i irlandzki paszport, ponieważ ten irlandzki pozwala na swobodne podróżowanie po UE. To również sprzyja stopniowemu stworzeniu jednej Irlandii.

Oczywiście nie wszyscy podzielają entuzjazm Donnelly’ego. — Udało nam się zapobiec wojnie domowej, a teraz moglibyśmy to wszystko zaryzykować — obawia się były reprezentant Irlandii Północnej w rugby Trevor Ringland, który obecnie organizuje w Belfaście zajęcia sportowe dla dzieci z obu społeczności.

— Brexit obudził w nas najgorsze formy nacjonalizmu, kiedy to ponownie otworzyły się stare rany, a ludzie wycofali się do swoich tożsamości. Kolejne referendum jeszcze bardziej pogorszyłoby sytuację — ostrzega sportowiec i prawnik. Zamiast budować zamki na piasku, wolałby, aby Irlandia Północna skupiła się na zasypywaniu okopów.

Na przykład poprzez sport, ponieważ z jego doświadczenia wynika, że sport łączy. Nawet w czasach największych zamieszek w Belfaście na wyspie irlandzkiej istniała jedna liga rugby, w której grał Ringland. Kiedy reprezentacja irlandzka pokonała Anglię, cieszyli się z tego zamknięci w więzieniu buntownicy z obu stron — zarówno katolicy, jak i protestanci.

Unioniści tacy jak Ringland, którzy nie chcą zjednoczonej Irlandii, apelują więc, by kraj najpierw uporał się ze swoimi problemami, zanim zacznie zmieniać konstytucję. Republikanie tacy jak Chris Donnelly są jednak przekonani, że jedno nie da się rozwiązać bez drugiego.

Lekcja z referendum

Te same emocje — choć bez groźby przemocy — panują również w Szkocji. Wybory te doprowadziły do referendum w sprawie niepodległości dwa lata przed głosowaniem w sprawie brexitu. Strach przed utratą członkostwa w UE w przypadku uzyskania niepodległości (czym Unia groziła zwolennikom szkockiej niepodległości, próbując pomóc w utrzymaniu Wielkiej Brytanii w Unii) stał się ostatecznie jednym z argumentów, dla których niewielka większość Szkotów zagłosowała za pozostaniem w Zjednoczonym Królestwie — tylko po to, by następnie zostać ostatecznie wyprowadzonymi z UE przez głosy Anglików.

W przeciwieństwie do Irlandii Północnej Szkocja ma jednak pecha. Szkocka Partia Narodowa, która opowiada się za niepodległością, wprawdzie w maju ponownie wygrała wybory do lokalnego parlamentu, jednak nie może zwołać referendum bez zgody Londynu, a brytyjski parlament nie chce jej na to teraz pozwolić. Dlatego też wszyscy zwolennicy niepodległości Szkocji, którzy stanowią obecnie ok. połowy ludności, zwracają wzrok na Irlandię Północną w nadziei, że gdy tam odbędzie się referendum, nadejdzie kolej na nich.

Wszyscy są jednak zgodni co do tego, że wszystko zależy od tego, jak dokładnie wyglądałoby irlandzkie referendum. — W sprawie brexitu zapytano ludzi tylko o to, czy chcą być częścią UE. Nic więcej. Nikt nie wiedział, co brexit będzie oznaczał w praktyce, nawet ci, którzy go forsowali — mówi Sam McBride. Jego zdaniem Irlandia Północna nie może sobie pozwolić na podobną podróż w nieznane, ponieważ cena byłaby znacznie wyższa ze względu na wybuchowość tamtejszej sytuacji.

— Musimy ustalić, jaką flagę miałaby zjednoczona Irlandia, czy zachowalibyśmy nasz państwowy system opieki zdrowotnej, czy w szkołach wprowadzono by obowiązkowe nauczanie religii, tak jak w republice, czy też Irlandia Północna zachowałaby swój własny parlament — wymienia.

Nie jest jednak pewien, czy politycy wysłuchają tego apelu o szczegółowe przygotowania. Kiedy w 2014 r. Szkocja głosowała nad niepodległością, autorzy projektu przygotowali ponad sześciusetstronicowy dokument, który poruszał wszystko, od kontroli granicznych, przez walutę, aż po broń jądrową. Krytycy z łatwością obrzydzili tę analizę i zniechęcili wyborców do niepodległości.

Kiedy głosowano nad brexitem, jego zwolennicy nie wyjaśniali wyborcom niczego — i wygrali. — Obawiam się, że politycy wyciągną z tego niewłaściwą lekcję — podsumowuje McBride.

Related Articles

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to top button