Norwegowie odpadli, ale i tak podbili świat [OPINIA]
![Norwegowie odpadli, ale i tak podbili świat [OPINIA]](https://cdn2.el-balad.com/wp-content/uploads/2026/07/Norwegowie-odpadli-ale-i-tak-podbili-swiat-OPINIA-780x470.webp)
Szkoda ich, naprawdę szkoda. Płaczący po dogrywce rzewnymi łzami Orjan Nyland to był obrazek krający serce. Dopiero co był bohaterem narodowym, tym razem jego błąd zdecydował o porażce. Futbol – że zacytuję klasyka – jest okrutny.
Norwegowie kapitalnie grali w piłkę na tym mundialu. Ale w ich przypadku nie tylko o to chodzi. Bo przecież dobrze (a nawet lepiej) grają Francuzi, którym należy się najwyższy szacunek za ich kunszt piłkarski. Ale szacunek to nie sympatia. A Norwegowie choć mistrzostw nie wygrają, to świat już podbili swoim “wiosłowaniem” po kolejnych zwycięstwach.
Od dawna nikt nie wymyślił lepszej “cieszynki”. Ta celebracja to strzał w dziesiątkę. Czy można trafniej pokazać, że warto być razem, że warto współpracować, że warto wiosłować w jednym kierunku, żeby osiągnąć sukces?
ZOBACZ WIDEO: Smutna prawda o “Lewym” w MLS. “Koniec epoki”
“Wiosłowanie” stało się największą atrakcją turystyczną Norwegii.
Tam, kto żyw, tuż po meczu wyskakiwał z pubu, gdzie ludzie wspólnie oglądali transmisje – i przyłączał się do “wiosłującego” – na ulicach, placach, plażach – tłumu. Każdy chciał być przez chwilę Wikingiem, każdy chciał być częścią tej euforii, częścią czegoś wielkiego. Wydarzenia, które zdarza się raz na całe dekady.
Zazdroszczę Norwegom tej letniej przygody. Kiedy cały kraj się jednoczy, kiedy ludzie czują więź między sobą, kiedy wszystkich przeszywa ten elektryczny dreszczyk emocji. Oni naprawdę są razem. A dokonał tego futbol. I to jest właśnie piękno piłki nożnej.
Zazdroszczę Norwegom także dlatego, że sam jeszcze świetnie pamiętam podobną euforię w Polsce, latem 2016 roku, gdy z mistrzostw Europy wróciła kadra Adama Nawałki. Naszym “Haalandem” byli do spółki Lewandowski z Błaszczykowskim, a status niespodziewanego bohatera miał Michał Pazdan, ochrzczony “Ministrem Obrony Narodowej”. Pazdan to była wówczas postać kultowa i memiczna zarazem.
Ileż ta drużyna miała sympatii w narodzie, który na chwilę zapomniał o podziałach i rowach wykopanych przez polityków. I tego też dokonał futbol. Drużyna zjednoczyła Polskę. Tęskno mi za tym uczuciem, tęskno mi za sukcesami Biało-Czerwonych, tęskno mi za tą sympatią, jaką darzyliśmy piłkarzy.
Kilka lat później – na mundialu w Katarze – oni sami popsuli to do szczętu. Wrócili z mistrzostw pokłóceni, zwaśnieni, podzieleni sporami o pieniądze, które cyniczny polityk im tylko obiecał, ale nigdy nie dał. Tamtej reprezentacji nie dało się ani oglądać, ani lubić. Piłkarze okazali się krętaczami, którzy w trudnej chwili nie potrafili stanąć w prawdzie, uderzyć się w piersi, powiedzieć przepraszam. Ówczesny selekcjoner nie dorósł do roli, PZPN też się skompromitował.
Mam nadzieję, że Norwegowie będą się cieszyć swoim sukcesem dłużej. Że będą potrafili go zdyskontować, bo ich dobry występ na tegorocznych mistrzostwach świata nie jest przypadkiem.
Na awans na mundial czekali 27 lat. Grupę eliminacyjną wygrali na dużym luzie: bez porażki, z bilansem bramkowym 37:5! A przy tym dwukrotnie zmiażdżyli Włochów. Mało kto wygrywa na San Siro ze Squadra Azzurra 4:1 (a wcześniej 3:0 u siebie), nawet biorąc pod uwagę kryzys, jaki w ostatnich latach dotknął reprezentację Italii.
Trener Stale Solbakken stworzył piłkarskiego potwora. A przecież to właśnie na głowę tego selekcjonera wylał się na mundialu kubeł pomyj. Za to, że w ostatnim meczu grupowym mistrzostw świata, przeciwko Francji, trener dokonał rotacji, do gry wystawił rezerwowych, oszczędzając najlepszych piłkarzy z Haalandem na czele.
Norwegia przegrała aż 1:4, ale Solbakken w ogóle się tym nie przejął. Porażkę wkalkulował w koszty, uznając, że nawet wypruwając sobie żyły Norwegowie raczej przegraliby z “Trójkolorowymi”, więc lepiej dać odpocząć kluczowym zawodnikom.
A na zarzuty zagranicznych mediów, że gdyby mógł, oddałby Francuzom walkowera, Solbakken miał jedno wyjaśnienie. – Zamierzamy zostać w tym turnieju długo – mówił selekcjoner Norwegii. I nie blefował.
Jego drużyna została “czarnym koniem” turnieju, ale tu nie było przypadku, tylko ciężka praca. Nieraz w czasie transmisji meczów mogliśmy zobaczyć jak Solbakken siedzi na wielkiej, niebieskiej skrzyni. W każdej przerwie na nawodnienie Haaland i jego koledzy dostawał na kark “szaliki” z lodu. Takie rzeczy to niby dziś standard, ale u Norwegów (zabrali ze sobą na mundial tony jedzenia, odżywek i Bóg wie czego jeszcze) niesamowicie dopracowane. A w dzisiejszym futbolu o zwycięstwach decydują detale. Także taktyczne. I na tym polu Norwegowie też byli mocni.
Solbakken kapitalnie rotował czwórką skrzydłowych. W meczu z Anglią w 68. minucie zdjął z boiska Andreasa Schjelderupa i Alexandra Sorlotha, a wpuścił dwóch głodnych wilczków: Antonio Nusę i Oscara Bobba. To dało Norwegii drugie życie na skrzydłach.
Tyle tylko, że gdy się chłopaki na dobre rozkręcili, to przyszła przerwa przed dogrywką. Ona wybiła Norwegię z uderzenia. I wtedy Orjan Nyland stworzył swoim błędem okazję dla Jude’a Bellinghama. Pomocnik Realu takich prezentów nie marnuje.
Przed drugą połową dogrywki Solbakken zaskoczył raz jeszcze. Zdjął z boiska Haalanda. No trzeba mieć charyzmę i autorytet. Być może gwiazdor sam domagał się zmiany. Jeśli tak, to chylę czoła. Drużyna przede wszystkim.
I co ważne. Norwegia odpada z mundialu, ale w tej reprezentacji nic się nie kończy. Najlepsze dopiero się zaczyna.
Dariusz Tuzimek, WP SportoweFakty




