Nam nie trzeba sprzedawać Lewandowskiego jako baby z brodą

Skoro gwiazdą meczu (3:2 dla Miami) był niemal 40-letni Luis Suarez (dwa gole) – który w poważną piłkę przestał grać kilka sezonów temu – to Robert Lewandowski też będzie tu błyszczał. Choć – bądźmy szczerzy – drużynę ma bardzo przeciętną.
Gdy się obejrzy cały – od początku do końca – mecz soccera to trzeba dojść do wniosku, że to jednak inny sport niż nasza, europejska piłka nożna.
ZOBACZ WIDEO: Robert sam w Chicago. Ujawnił, kiedy Lewandowscy będą razem
To, co się od razu rzuca w oczy w MLS to brak dyscypliny taktycznej. U kogoś, kto przyzwyczaił się do polskiej, mocno taktycznej Ekstraklasy, spotkanie Interu Miami z Chicago Fire musiało wywołać skojarzenie z futbolem… podwórkowym.
Czyli takim, w którym jest dużo luzu i swobody w budowaniu akcji ofensywnych, dużo prowadzenia piłki, mała odpowiedzialność za straty i nieustanne błędy techniczne i taktyczne. Np. że ktoś zapomniał, że miał pilnować danego sektora boiska, albo “kryć” konkretnego rywala lub po prostu zapomniał… kopnąć w piłkę.
Jak choćby bramkarz Miami – Rocco Rios Novo. Po podaniu od kolegi z drużyny Argentyńczyk fatalnie się “machnął”, jego noga kopnęła powietrze, a piłka wtoczyła się do bramki. Klasyka gatunku z cyklu “Piłkarskie jaja”. Z poważnym futbolem niewiele ma to wspólnego. Ale czy liga MLS jest poważna? Mam wątpliwości.
Przy tym kiksie bramkarza Miami, wywierał na niego presję nabiegający Robert Lewandowski, ale nie dorabiajmy propagandy sukcesu. Udział Polaka przy tym golu był żaden, bo prostu golkiper gospodarzy zrobił katastrofalnego “babola”.
A jak wypadł “Lewy”?
Wyszedł w podstawowym składzie i grał 62 minuty. Powalczył, pobiegał, nie miał klarownej sytuacji do zdobycia bramki. Kilka razy efektownie (tzw. “angielką”) przyjmował piłkę, próbował strzelać, ale został zablokowany, Bywało, że cofał się do środka by wspomóc partnerów w budowaniu akcji, bo żaden z nich niestety nie rozumie tak dobrze futbolu jak “Lewy”. Niestety, bo to źle wróży na przyszłość.
To, co się na pewno Robertowi podoba to fakt, że cała drużyna pracowała na Polaka. Partnerzy są absolutnie świadomi, kto jest w Fire gwiazdą i większości sytuacji ofensywnych szukali swojego lidera. Próbowali mu dogrywać nawet wówczas, gdy jego pozycja nie była klarowna. Po Robercie widać jakość piłkarską na tle drużyny. W tym jak gra, jak wychodzi do podań, jaką ma wizję gry. Reszta zespołu Fire na ten poziom nie dojeżdża. Za wysokie progi.
Trener “Strażaków” Gregg Berhalter trochę się ostatnio rozpędził, nakręcił i zadeklarował: – Po to ściągamy Roberta do Fire, żeby z nim wygrać MLS – mówił.
Odważna to deklaracja, ale trudno wyczuć co szkoleniowiec drużyny z Chicago mówi szczerze, a co pod publiczkę. Trudno też brać za dobrą monetę to ciągłe chwalenie Roberta, tego jakim jest zawodnikiem, ile goli strzelił, jak wielkim jest profesjonalistą itd.
Lukier leje się ust Gregga Berhaltera i my w Europie będziemy musieli się przyzwyczaić, że te amerykańskie standardy w komunikacji są zupełnie inne. Dużo mniej ostrożności czy powściągliwości w deklaracjach, a dużo więcej robienia show i używania języka sprzedaży, w stylu: “kupiliśmy wielkiego piłkarza, światową gwiazdę! Musicie przyjść i zobaczyć to na własne oczy”.
My “Lewego” znamy i nam nie trzeba go sprzedawać jako “baby z brodą”. Wiemy na co Roberta stać i mamy świadomość, na co już nie stać. Być może jestem w błędzie, ale mam wrażenie, że Amerykanie stanowczo zbyt dużo sobie obiecują w Chicago Fire po transferze Polaka.
Ja rozumiem, że chcą by jego osoba była magnesem dla kibiców. Żeby Robert “zapełniał” trybuny, “sprzedawał” karnety no i – oczywiście – strzelał gole, wygrywał mecze, zdobywał trofea.
Szczerze mówiąc Amerykanie zachowują się tak, jakby kupili Lewandowskiego w szczytowym momencie kariery, w jego życiowym “prime time”. I jeszcze na dodatek uważają, że nikt się nie zorientuje, że tak nie jest. Może w Ameryce, bo tam ludziom nie takie rzeczy wciskano, ale w Europie wiemy, jak jest.
Czy państwo się spodziewacie, że Lewandowski będzie w MLS nowym Messim? Ja osobiście pozwalam sobie wątpić. My w Polsce inaczej patrzymy na sportowy kontekst transferu kapitana reprezentacji za Ocean. Raczej żyjemy w przekonaniu, że Robert pojechał tam na wcześniejszą, sportową emeryturę, poodcinać – za ciężkie dolary – kupony od wielkiej kariery w Borussi Dortmund, Bayernie Monachium i FC Barcelonie.
Nie mamy tak rozbudzonych oczekiwań jak Amerykanie, wiemy, że to już trochę nie te lata pana Roberta. I nie piszę tego złośliwie, tylko patrzę realnie na jego wiek i możliwości.
Pamiętamy ten ostatni sezon Roberta w Barcelonie. Szału nie było. “Lewy” strzelił mniej goli, zagrał mniej meczów i mniej minut. Częściej był kontuzjowany albo zaczynał mecz na ławce rezerwowych.
W Chicago Fire ma być zawodnikiem pierwszego wyboru, gwiazdą, “killerem” pola karnego. Nakładanie teraz na Lewandowskiego dodatkowej presji wydaje mi się troszkę nie na miejscu. Tak, wiem i pamiętam, że Robert jest chorobliwie ambitnym człowiekiem i chciałby, nawet w tej peryferyjnej MLS błyszczeć. Poziom ligi amerykańskiej jest – według wielu ekspertów – niższy od naszej Ekstraklasy, więc niewykluczone, że Lewandowski trochę bramek w tej Ameryce nastrzela.
Ale to jednak co innego, jeśli się od początku stawia sprawę jasno, że wszystko ponad przeciętność w wykonaniu piłkarza 38-letniego, będzie super, a co innego oczekiwać, że Robert sportowo podbije ligę, klub wyposaży w trofea, a marketingowo zawojuje Amerykę. To jest w niczym nie usprawiedliwiony optymizm, a może nawet naiwność.
Może jednak te obawy się nie potwierdzą i wszystko się Polakowi ułoży jak z płatka? Przecież przed transferem do FC Barcelony też były obawy czy Robert sobie poradzi w Primera Division, czy nie jest już za stary. A on do tej ligi wszedł z buta, był tam gigantem. Tak, teraz jest 4 lata starszy, ale i wymagania w MLS są dużo mniejsze niż w La Lidze.
Przyzwyczailiśmy się, że – od kogo, jak od kogo – od Lewandowskiego można wymagać. I on z reguły “dowoził”. Ale też dziś – na początku tej amerykańskiej przygody – trzeba mieć świadomość, że jako lider i gwiazda, w razie niepowodzenia pierwszy poniesie konsekwencje. A balonik oczekiwań jest już mocno nadmuchany.
Wiadomo, że piłka jest grą zespołową i sukcesy Roberta przyjdą wyłączenie wtedy, gdy w formie będzie cała drużyna “Fire”, a nie tylko “Lewy”. Tymczasem warto zdać sobie sprawę, że drużyna z Chicago w ostatnich sezonach jest przeciętniakiem w MLS. I nie ma znaków, że miało by być lepiej.
Na pewno osłabieniem “Strażaków” jest odejście czołowego snajpera ligi Hugo Cuypersa. Belg jest aktualnym liderem klasyfikacji strzelców MLS (13 goli w 11 meczach) i początkowo się wydawało, że z Lewandowskim stworzą zabójczą parę napastników. Jednak po przyjściu Polaka do Fire, Cuypersowi zrobiło się w drużynie zbyt ciasno. Zdecydował się na transfer do meksykańskiego CF Monterrey.
Czy zatem “Strażacy” trenera Gregga Berhaltera mają w ogóle potencjał by poważnie myśleć o wygraniu całej MLS? Wydaje się, że jest tu więcej fanfaronady niż trzeźwej oceny możliwości. Tym bardziej, że niewiele wiemy – także po debiucie przeciwko Interowi Miami – o sportowej dyspozycji Roberta. Patrząc na logikę nie może ona być bardzo wysoka.
Bo o tym, że prezentacja Roberta w Fire i jego pierwsze dni w nowym klubie od strony marketingowo-organizacyjnej były dalekie od doskonałości, napisano już wszystko. Ale o samym aspekcie sportowym wspominało się mniej. Jakby to było takie normalne, że piłkarz zaczyna grać w lidze w zasadzie bezpośrednio po powrocie z wakacji. Dopiero co leżał z rodziną na basenie, a teraz – proszę! – już gra.
Lewandowski dołączył do swojej nowej drużyny raptem dziesięć dni temu. To zapewne jego najkrótszy okres przygotowawczy do sezonu w całej dorosłej karierze. Nigdy tak szybko po urlopie nie przystępował do gry o punkty!
A przecież miał zagrać już niemal tydzień temu, w meczu z Vancouver Whitecaps w miniony czwartek. `Spotkanie zostało jednak odwołane ze względu na fatalną jakość powietrza w Chicago, po tym jak wiatr przywiał olbrzymie kłęby dymu z pożarów lasów w Kanadzie.
Nawet jeśli w tamtym spotkaniu “Lewy” miał zaliczyć jedynie symboliczny występ (kilkanaście minut), to oznaczałoby, że wybiegł by na boisko po bodaj dwóch treningach z drużyną! To się w żadnej europejskiej lidze nie miałoby prawa wydarzyć. Nawet biorąc pod uwagę, że Robert się bardzo profesjonalnie prowadzi i że przed przylotem do Stanów odbył jeden czy dwa treningi indywidualne w ośrodku Legii, to i tak jest tych zajęć co kot napłakał.
W żadnej poważnej lidze nie mogłoby to mieć miejsca. Teraz, po kilku treningach, zagrał ponad godzinę w meczu o punkty.
Czy zatem MLS to są poważne rozgrywki? No bądźmy szczerzy: to jest produkt, dla koneserów. Na taki towar trzeba amatora. Ale skoro są smakosze, którzy wybierają pizzę z ananasem, to może też znajdą się tacy, którzy będą zarywali noce, by oglądać popisy “Lewego” w Chicago Fire. Kto wie?




