Zbiorowy mecz życia. To może być największa sensacja w dziejach polskiego klubu

Raków Częstochowa od pięciu lat imponuje w Europie rzetelnością i solidnością, jakiej mogliby sobie życzyć kibice wszystkich polskich klubów. Przeciwko Fiorentinie, nawet dołującej w Serie A, będzie potrzebował jednak czegoś więcej. Bo z tak silnym rywalem jeszcze nigdy nie wygrał.
Michał Świerczewski w biogramie na portalu X od lat ma wpisane “marzyciel”. Kiedy jesienią 2020 roku przeprowadzałem z nim wywiad w siedzibie jego firmy x-kom, również mówił o marzeniach. Miliarder szeroko opowiadał, co zamierza, by Raków Częstochowa nie został kolejnym przeciętnym polskim klubem. Było to świeżo po pierwszym od dwóch dekad sezonie w Ekstraklasie. Kilka miesięcy po tamtej rozmowie Raków sięgnął po wicemistrzostwo i zadebiutował w europejskich pucharach, rozpoczynając pasmo największych sukcesów w ponadstuletniej historii.
Tytuł tamtej rozmowy brzmiał: “Marzenie o polskiej Atalancie”. Świerczewski powoływał się akurat na klub z Bergamo, by pokazać, że “nawet w przeciętnym mieście bez stadionu, przy odpowiednim pomyśle, nie ma sufitu”.
Zobacz wideo Oficjalnie jest walkower! Roj: Zgodzimy się, że ta decyzja jest sprawiedliwa
Polski futbol w europejskich pucharach wciąż przeżywa fazę chłonięcia garściami wszelkich przeżyć. Toteż każdy z uczestniczących w nich klubów traktowany jest jako minireprezentacja Polski. Cały kraj dobrze mu życzy, a wszyscy skrupulatnie liczą punkty składające się na dorobek w rankingu. Wrzucając poniekąd do jednego worka wszystkie kluby, ryzykuje się jednak przegapienie, że gdzieś “dzieje się historia”. Tyle że tym razem na skalę lokalną, a nie krajową. Polskim kibicom przyjazdy drużyn pokroju Fiorentiny mogły już spowszednieć. Częstochowskim niekoniecznie.
Rywal z górnej półki
Dobrze, że “Viola”, z którą Raków w czwartek zagra o ćwierćfinał Ligi Konferencji (w pierwszym meczu, we Florencji, przegrał 1:2), wygrała w poniedziałek arcyważny mecz w walce o utrzymanie w Serie A z Cremonese, odskakując od strefy spadkowej. Pozwoli to wreszcie skończyć z narracją, że jedna z najsłabszych drużyn ligi włoskiej jest za silna dla najmocniejszych polskich klubów. Jest w kryzysie, zawodzi, rozgrywa koszmarny sezon, najlepsze lata ma za sobą, wciąż jest jednak wielką firmą wielkiej piłkarskiej nacji. Sam fakt, że – w naszych warunkach lekko prowincjonalny – Raków ma całkiem realną szansę, by wyeliminować ją z pucharów, jest dowodem, że marzenia Świerczewskiego sprzed sześciu lat nie są wcale aż tak odległe od ziszczenia.
Wokół meczu Rakowa w europejskich pucharach trudno o atmosferę wielkiego piłkarskiego święta i celebrację drogi, jaką przebył klub w ostatnich latach, jak dzieje się to przy okazji ważnych meczów pucharowych Legii Warszawa, Lecha Poznań czy ostatnio Jagiellonii. Większość europejskich spotkań w roli gospodarza Raków rozegrał z dala od swojego miasta. Debiutował w pucharach i zaliczał pierwsze zwycięstwa w Bielsku-Białej. Największe marki podejmował w Sosnowcu. Kiedy nawet grał u siebie, a nazwa przeciwnika budziła jakiekolwiek emocje, jak choćby w 2022 roku przeciwko Slavii Praga, pięciotysięczny częstochowski obiekt i tak nie pozwalał na wytworzenie atmosfery wielkiego wydarzenia.
Traf też chciał, że choć w ostatnich kilku latach to Raków, według rankingu Elo, osiągnął najwyższy poziom z polskich klubów, zawsze był trochę na uboczu epokowych wyników, jakie świętowali krajowi rywale. To Lech został pierwszym polskim zespołem po trzech dekadach, który wygrał pucharowy dwumecz na wiosnę. To Legia ograła na Stamford Bridge Chelsea. To Jagiellonia, podobnie jak wcześniej wymienieni, dochodziła do ćwierćfinału Ligi Konferencji. Raków był najbliżej największego sukcesu polskiego klubu w ostatniej dekadzie, czyli awansu do Ligi Mistrzów. Zawsze jednak czegoś mu brakowało, przez co uwaga i zachwyty koncentrowały się na innych.
Synonim solidności
To jednak Raków najlepiej obrazuje nową polską pucharową solidność, bez której rankingowe skoki z ostatnich lat nie byłyby możliwe. Polskie kluby nie zaczęły dłużej grać w pucharach dlatego, że nauczyły się ogrywać znacznie silniejszych od siebie i regularnie sprawiać sensacje, ale dlatego, że zaczęły rzetelnie wypełniać obowiązki, czyli pokonywać rywali będących w zasięgu. Współcześnie nikt nie robi tego z podobną do częstochowskiej regularnością. W ostatnich pięciu latach więcej meczów od Rakowa w Europie z polskich klubów rozegrała tylko Legia. Mimo to praktycznie nie sposób przypasować do klubu spod Jasnej Góry ewidentnej wpadki, jaką zdążyły zaliczyć właściwie wszystkie polskie drużyny w kontynentalnych rozgrywkach. Częstochowianie przegrywają rzadko, a jeśli już, to tylko z zespołami, z którymi odpaść to żadna ujma.
Raków rozgrywa aktualnie czwarty pucharowy sezon w historii. Dotąd odpadał z różnych rozgrywek kolejno z Gentem, Slavią Praga, Kopenhagą, a w fazie grupowej Ligi Europy z Atalantą Bergamo, lizbońskim Sportingiem oraz Sturmem Graz. Każdy z tych klubów przystępował do rywalizacji z nim jako faworyt. Za największą wpadkę w historii europejskich występów częstochowskiego klubu można uznać domową porażkę z Maccabi Hajfa na własnym stadionie, która jednak nie miała większego znaczenia, bo na wyjeździe udało się zawodnikom jeszcze wówczas Marka Papszuna odrobić stratę z nawiązką. Nawet jeśli Raków czasem się męczył, jak w debiutanckim dwumeczu z Suduvą Mariampol w 2021 roku, rozstrzygniętym dopiero po rzutach karnych, zawsze potrafił przepchnąć kolanem rywalizację.
Podróż w nieznane
Raków jest na tyle przewidywalny, że już w momencie losowania można właściwie przewidzieć, jak mu pójdzie. Słabszych od siebie bezlitośnie bowiem ogrywa, a z teoretycznie silniejszymi, czasem po walce, ale jednak przegrywa. Patrząc na klubowy ranking Elo, najsilniejszą drużyną, jaką Raków kiedykolwiek pokonał w pojedynczym meczu, była w 2022 roku Slavia Praga. Siła dzisiejszej Fiorentiny jest minimalnie wyższa. To oznacza, że aby w czwartek awansować do ćwierćfinału Ligi Konferencji, częstochowianie potrzebują największego sukcesu w historii klubu. Odrobienie jednej bramki straty z pierwszego meczu nie wydaje się zadaniem ponad ich siły. Ale dotąd jeszcze nigdy nie ograli takiego rywala choćby jednym golem. Statystycznie rzecz biorąc, zwycięstwo byłoby teraz jednak mniejszą sensacją, niż ogranie Slavii cztery lata temu. Wprawdzie Fiorentina jest silniejsza od ówczesnych Czechów, ale Raków też od tego czasu poszedł do przodu.
Ze Slavią udało się jednak wygrać tylko jeden mecz. W dwumeczu lepsi okazali się faworyci, a domowa wygrana pozostała tylko ciekawostką. Dlatego, by poszukać najpełniejszego pucharowego sukcesu Rakowa, trzeba powrócić do wyeliminowania Karabachu Agdam w eliminacjach Ligi Mistrzów z 2023 roku. Azerowie byli wyraźnie słabsi zarówno od Slavii, jak i Fiorentiny. Wciąż jednak mocniejsi od każdej z drużyn obecnej i ówczesnej Ekstraklasy. Gdyby więc gracze Łukasza Tomczyka awansowali w czwartek do kolejnej rundy, będzie można mówić o największej sensacji w dziejach klubu.
Wyjść poza schemat
Przyjazd nawet dołującej Fiorentiny wciąż będzie więc wydarzeniem w skali historii Rakowa, ale też zawodnicy nie powinni czuć się przytłoczeni marką rywala. Choć klub z Florencji jest silniejszy niż ktokolwiek, z kim mierzyli się w tym sezonie, jego aktualnego poziomu nie można w żaden sposób przyrównać do tego, z czym zetknęli się gracze Dawida Szwargi w fazie grupowej Ligi Europy dwa i pół roku temu. Atalanta oraz Sporting były wtedy w czwartej dziesiątce najsilniejszych drużyn świata. Mimo to przeciwko Portugalczykom Raków “nie wpadł pod koła”. Na wyjeździe nieznacznie przegrał, a i tak skończyło się niedosytem, bo przez większość meczu grał w przewadze. U siebie zaś zremisował. Tamten Sporting wyceniano na 1751 punktów Elo, co odpowiada sile dzisiejszego Olympique Lyon czy West Hamu. Z dwudziestu trzech rywali, jakich Raków napotkał w Europie, był więc tylko jeden, z którym nie było mowy o żadnej rywalizacji. Dwa spotkania z Atalantą Gian Piero Gasperiniego pokazały, że drużyna z Bergamo to dla Rakowa niedościgniony wzór. Zwraca jednak uwagę, że z 39 spotkań w Europie Raków przegrał dotąd tylko dziewięć, a z nich ledwie trzy więcej niż jedną bramką: raz w rewanżu z Gentem, po wygranym pierwszym spotkaniu, i dwa razy właśnie z rywalem z Bergamo.
Na Stadio Artemio Franchi nie było tak źle. Raków po raz kolejny pokazał przed tygodniem, że potrafi nawiązać walkę i być niewygodnym rywalem nawet dla drużyn z wyższej półki. W rewanżu potrzebuje jednak cechy, której dotąd nie wykazywał. Odrobiny ryzyka, przekroczenia granicy, sięgnięcia po niemożliwe, także dozy szczęścia. Częstochowianom udało się uniknąć losu Lecha i Jagiellonii, które w dwumeczach z Fiorentiną dotkliwie przegrywały pierwsze starcia, więc w rewanżu nie miały nic do stracenia. Raków niczego w pierwszej odsłonie nie przegrał, co sprawi, że pokaże pewnie znaną, wyrachowaną twarz. Oby nie zabrakło mu jednak w pewnym momencie wyjścia poza schemat, momentu szaleństwa, co w przeszłości nie pozwalało w zaciętych rywalizacjach ze Slavią czy Kopenhagą ograć faworytów.
Fiorentina jest do ogrania, ale nie wtedy, gdy Raków po prostu zagra swoje. Choć wynik jest stykowy, biorąc pod uwagę klasę rywala i konieczność odrobienia strat, potrzebny jest zbiorowy mecz życia.
Uwolnić ofensywne moce
Bez tego jest ryzyko, że o europejskiej przygodzie Rakowa znów nie powstaną peany. Wprawdzie pierwszy udział w Lidze Konferencji przyniósł temu klubowi drugie miejsce w fazie ligowej, ale w razie odpadnięcia w 1/8 finału, a więc wcześniej, niż dochodziły w ostatnich latach Legia, Jagiellonia i Lech, pozostanie to jedynie ciekawostką. Nie będzie też w tym pucharowym sezonie ani jednego meczu, który można by wspominać po latach. Ogrywanie “Rapidów” i “Zrinjskich” to tylko potwierdzenia tego, co już wiadomo, czyli solidności i powtarzalności Rakowa. Kolejnych potwierdzeń już nie trzeba. Brakuje tylko tego jednego meczu, który wszyscy zapamiętają.
Mecz Raków – Fiorentina odbędzie się na stadionie w Sosnowcu w czwartek, początek o g. 18.45. We Florencji Raków przegrał 1:2


