News UK

Oto dlaczego Robert Lewandowski szykuje się do odejścia z Barcelony. Opcja atomowa

Chyba możemy się zgodzić, że jednym z najbardziej dojmujących uczuć jest obojętność. Niby nic wielkiego, ale tylko z pozoru. Nikt przecież nie lubi być ignorowany. Czasem naprawdę lepiej jest zostać potraktowanym źle, ale przynajmniej jakoś. Tymczasem właśnie obojętnością kibice Barcelony reagują na wieści o możliwym odejściu Roberta Lewandowskiego.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Nie ma zgrzytania zębami, co to teraz stanie się z tym klubem. Brakuje też błagalnych głosów, by na Camp Nou jednak został. Przyszedł, zrobił swoje, pora się rozstać. I tyle.

Jednak gdy nasilają się doniesienia, że Polak chce odejść z Barcelony, bo nie rozumie tego, że klub chce mu zaproponować znacznie niższy kontrakt, kibicom mistrza Hiszpanii zaczynają rozszerzać się źrenice. Lewandowski naprawdę miałby nadal zarabiać jak czołowy piłkarz w klubie, a zarazem odgrywać drugoplanową rolę?

To się kupy nie trzyma. Zresztą nie tylko to. Podobnie jest z klubami, które wymienia się jako jego możliwe miejsca pracy. I z argumentacją, dlaczego miałby trafić do tego czy innego zespołu.

Dwa razy więcej pieniędzy od całego zespołu

Rozprawmy się najpierw z tymi bardziej egzotycznymi opcjami. Chicago Fire? Tam na pewno byłby pierwszoplanową postacią. Nie tylko dlatego, że w zespole Strażaków ze świecą szukać piłkarzy, dla których europejscy widzowie zarywaliby noce. Transfer Lewandowskiego byłby wielkim wydarzeniem dla całej MLS — nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Tyle tylko, że najprawdopodobniej się to nie wydarzy.

Choć Jackowo nie jest już tym Jackowem co kiedyś, trochę Polonii na trybuny udałoby się ściągnąć. Miejsca jest tam dostatek. Po trybunach Soldier Field hula wiatr. Nie tylko dlatego, że Chicago jest nazywane Wietrznym Miastem. Mogący pomieścić 61,5 tys. widzów obiekt odwiedza w tym sezonie średnio tylko 17 tys. 603 kibiców. Stadion Strażaków nie zapełnia się nawet w jednej trzeciej.

To dopiero 22. frekwencja w 30-zespołowej lidze. Większa dysproporcja między krzesełkami pustymi a zajętymi jest tylko na jednym stadionie. Blisko 69-tysięczny Gillette Stadium nie zapełnia się nawet w jednej czwartej.

Jonathan Bamba i Leo MessiCarmen Mandato / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFP / AFP

Z przejściem do ekipy z Chicago jest jednak podstawowy problem: pieniądze. Jeśli Lewandowski nie godzi się na znaczną obniżkę pensji w Barcelonie, to jakim cudem miałby przystać na jeszcze niższe pieniądze w Chicago Fire?

Najlepiej zarabiający w tym klubie Jonathan Bamba inkasuje 5 mln dol. rocznie [dane za capology.com]. Ponad “bańkę” dostaje jeszcze dwóch innych zawodników. Łączny budżet płacowy Strażaków w tym sezonie to nieco ponad 16 mln dol. W przeliczeniu na euro: około 13,6 mln euro.

A więc wszyscy potencjalni przyszli klubowi koledzy Lewandowskiego z Chicago Fire łącznie zarabiają nieco ponad połowę tego, co Polak otrzymuje w Barcelonie (26 mln euro). Przypomnijmy: kontrakt właśnie o połowę niższy Duma Katalonii miała zaproponować Polakowi.

Wygląda więc na to, że albo na zachodnim wybrzeżu jeziora Michigan odkryto złoża ropy naftowej (tylko jeszcze o tym nie wiemy), albo dywagacje o możliwości przejścia Lewandowskiego do Chicago Fire to nic innego jak klasyczne transferowe bicie piany.

Nie można też zapominać o tak istotnej kwestii, jak komfort życia. Skoro rodzina Lewandowskich uciekała z Monachium do Barcelony w pogoni za lepszą pogodą i warunkami bytowymi, przenosiny do Chicago byłyby teraz krokiem wstecz.

Inny klub MLS również nie wchodzi w rachubę, jeśli przy wyborze nowego zespołu Lewandowski kieruje się głównie pieniędzmi. A tak wskazują ostatnie doniesienia. Skoro najlepiej zarabiający w tamtejszej lidze Leo Messi dostaje w przeliczeniu 10,2 mln euro, komentuje się to samo.

Już nie taki raj

Problemów z obsypaniem Lewandowskiego złotem nie mieliby za to w Arabii Saudyjskiej. Przynajmniej na chwilę obecną. Nie wiadomo bowiem, jak potoczy się dalsze pompowanie obrzydliwie wysokich sum pieniędzy w tamtejszy sport.

O tym się głośno jeszcze nie mówi, ale w przepotężnym planie Vision 2030 zaczyna coś zgrzytać. Opóźnienia w budowie futurystycznego miasta Neom to tylko początek.

Sport miał być kołem zamachowym całej tamtejszej gospodarki, tymczasem Saudyjczycy wycofują się już rakiem z cyklu turniejów golfowych LIV Golf, który okazał się totalną klapą. Tamtejszy Publiczny Fundusz Inwestycyjny sprzedał także większość udziałów w Al-Hilal, gdzie gra m.in. Karim Benzema.

Całkowitego wstrzymania inwestycji w saudyjskie kluby spodziewać się nie należy, ale można pokusić się o stwierdzenie, że ten projekt wchodzi w zakręt. Całkiem z niego nie wypadnie, bo Arabia będzie gospodarzem mundialu w 2034 r.

W kontekście przenosin na Półwysep Arabski negatywnie na wyobraźnię musi działać konflikt w Zatoce Perskiej. Tyle że takie postaci jak piłkarze są wśród ostatnich osób, którym z tego tytułu mogłoby się cokolwiek stać. Na takie ewentualności najbogatsi rezydenci Arabii są przygotowywani. Jednak wizja przebywania w złotej klatce nie musi być szczególnie nęcąca.

Inne ligi spoza Europy? Jeszcze tylko w Katarze Lewandowski mógłby liczyć na zarobki podobne do tych z Barcelony albo i wyższe. Na przykład taki Marco Verratti zarabia w Al-Duhail 30 mln euro rocznie. I to netto.

Na niekorzyść działają nie tylko te same argumenty co w przypadku sąsiedniego kraju. Qatar Stars League jest dużo niżej notowana niż Saudi Pro League. Nie bez przyczyny Jan Urban sięga po grającego w Katarze Krzysztofa Piątka tylko z konieczności.

Ziemia obiecana?

Jeśli Lewandowski chce nie tylko dobrze zarabiać, ale i żyć w normalnym miejscu, a do tego wciąż grać w poważnej lidze, powinien skierować swoje kroki do Włoch. Tyle że nie do Mediolanu.

To z przejściem do AC Milan Polak jest najczęściej łączony. Ta wizja ma jednak podstawowe wady.

Po pierwsze: trener. Massimiliano Allegri jest oczywiście fachowcem, co się zowie. Dobrze by jednak było, żeby Lewandowski dokładnie wsłuchał się w to, co może mu o nim powiedzieć Wojciech Szczęsny. Popularny “Max” myśli przede wszystkim o zabezpieczeniu dostępu do własnej bramki, a dopiero w dalszej kolejności o ofensywie. Jeśli więc w Barcelonie Lewandowski mógł ostatnio narzekać na brak sytuacji, to co dopiero byłoby w Milanie.

Pensja? Tu pojawiają się kolejne schody. Najwięksi krezusi — Christopher Nkunku i Adrien Rabiot — zarabiają po 11,5 mln euro. To jedyni, którzy inkasują ponad “dychę”. Nawet Luka Modrić musiał zejść do siedmiu cyfr (7,4 mln euro). A tzw. prawo Beckhama już tam nie obowiązuje, sportowcy nie mogą już więc liczyć na znaczące ulgi podatkowe.

Kolejnym problemem jest to, że nie wiadomo, czy Rossoneri w kolejnym sezonie w Lidze Mistrzów zagrają. Wciąż zajmują miejsce premiowane awansem do tych prestiżowych rozgrywek, ale w czołówce Serie A jest nader ciasno.

Wojciech Szczęsny i Robert LewandowskiUrbanandsport / NurPhoto / NurPhoto via AFP / AFP

Może się zatem okazać, że walka o Lewandowskiego rozstrzygnie się w pewnym sensie na boisku. Inną drużyną, która walczy o awans do Ligi Mistrzów, jest Juventus. Turyńczyków też wymienia się w gronie klubów zainteresowanych pozyskaniem Polaka.

Ta opcja wydaje się mieć najmniej wad. Trener Luciano Spalletti, który jest zorientowany na ofensywę. Możliwy awans do Ligi Mistrzów, bo choć to Milan ma trzy punkty więcej, to jest na fali opadającej. I — ostatnie, acz pewnie najważniejsze — pieniądze.

Po sezonie Allianz Stadium opuści Dusan Vlahović. To zdecydowanie najlepiej zarabiający piłkarz nie tylko Juventusu, ale i całej ligi. 22,2 mln euro rocznie to suma, która zapewne usatysfakcjonowałaby Lewandowskiego.

Pytanie tylko, czy Stara Dama będzie skora do stworzenia kolejnego komina płacowego. Jej drugi najlepiej zarabiający piłkarz — Jonathan David — inkasuje dokładnie dwa razy mniej (11,1 mln euro).

Polski kwartet?

Mądrzejsi będziemy najpóźniej za nieco ponad miesiąc. Bez awansu do Ligi Mistrzów żaden klub nie będzie w stanie sprostać finansowym wymaganiom Lewandowskiego.

W tych elitarnych rozgrywkach niemal na pewno znajdzie się FC Porto. Północno-zachodnia Portugalia to trochę gorsze miejsce do życia niż Katalonia, ale w ramach rekompensaty jako partnerów z zespołu Lewandowski miałby aż trzech Polaków: Jana Bednarka, Jakuba Kiwiora i Oskara Pietuszewskiego.

Kwartet rodaków w słynnym europejskim klubie? Tego jeszcze nie grali. I nie zagrają. Przynajmniej nie w tej konfiguracji. Także i w tym przypadku problemem byłyby pieniądze.

Najlepiej zarabiającym piłkarzem nie tylko Porto, ale i całej ligi jest Diogo Costa. Bramkarz reprezentacji Portugalii inkasuje 4,8 mln euro rocznie. Czyli nawet gdyby Lewandowski zgodził się na pięciokrotną obniżkę pensji, to i tak byłby największym krezusem tamtych rozgrywek.

A przecież wiemy, że to się nie wydarzy.

A może małżeństwo z rozsądku?

Na razie trwa przeciąganie liny między Barceloną a Lewandowskim. I klub, i piłkarz starają się wysłać w świat przekaz, kto kogo bardziej nie chce.

Paradoks polega jednak na tym, że może się to skończyć podpisaniem nowego kontraktu. Obie strony potłuką trochę naczyń, publicznie wypiorą trochę brudów, sąsiedzi popatrzą na nich krzywym okiem, ale po tym wszystkim ten związek będzie kontynuowany. Takiego scenariusza totalnie wykluczyć nie można. Ostatnie wytoczenie dział to po prostu element negocjacji.

Takie małżeństwo z rozsądku byłoby możliwe z podstawowego względu: Barcelona działa w określonych możliwościach finansowych. Gdyby była w stanie lekką ręką wyłożyć ponad 100 mln euro za Juliana Alvareza, a sam piłkarz oznajmiłby, że nie widzi się już dalej w Atletico Madryt, do żadnych negocjacji z obozem Lewandowskiego pewnie już by nie siadała.

Wciąż ma przecież na pokładzie Ferrana Torresa, który przypomniał sobie o strzelaniu goli w najlepszym dla siebie możliwym momencie. Jego kontrakt obowiązuje jeszcze przez rok, więc w teorii nie trzeba nic przy nim majstrować. Przynajmniej na razie.

Robert Lewandowski (FC Barcelona)David Ramos – UEFA/UEFA via Getty Images / Getty Images

Alvarez najpewniej tego lata do Barcelony jednak nie trafi. Może się więc okazać, że lepszy gołąb w garści niż wróbel na dachu. A i Lewandowskiemu mogłoby być na rękę pozostanie w Katalonii. Pewnie z myślą o związaniu się z tym regionem na dłuższą metę uwił sobie z rodziną i znajomymi gniazdko pod Barceloną.

Ta opcja ma jedną zasadniczą zaletę: Lewandowski nie znajdzie już lepszego klubu, z którym mógłby jeszcze powalczyć o triumf w Lidze Mistrzów.

Jednak i tu pojawia się dość znaczący problem.

To ta osoba nie chce Lewandowskiego w Barcelonie

Kto wie, czy najbardziej symptomatyczne w tej całej historii nie jest zachowanie Hansiego Flicka. Pytany o przyszłość Lewandowskiego wyraźnie ucieka od konkretnej odpowiedzi. A co by mu zależało, żeby oznajmić, że chce, by Polak przedłużył kontrakt. Przecież to nie on dogadywałby warunki finansowe.

Może Niemiec nie garnie się do wystosowania takiej deklaracji, bo po prostu nie chce już Polaka w swojej drużynie? Zresztą tak na logikę: gdyby chciał pozostania Lewandowskiego, to swoimi wypowiedziami przynajmniej by to zasugerował. Albo oznajmił to wprost. Nic takiego nie ma jednak miejsca.

Jest to dość spójne z informacjami zawartymi w książce “Lewandowski. Prawdziwy”. Sebastian Staszewski pisał w niej, że Flick miał już zakomunikować dyrektorowi sportowemu Deco, że nie widzi Polaka w swoich planach na przyszły sezon. Ostatnie słowa tej książki Staszewski kreślił pod koniec września ub.r. By zmienić optykę niemieckiego szkoleniowca, Lewandowski musiałby przez ostatnie półrocze przypominać najlepszą wersję samego siebie. Tyle że nie przypominał.

Robert Lewandowski i Hansi FlickDavid Ramirez/Soccrates/Getty Images / Getty Images

Stąd właśnie bierze się ten dysonans w odbiorze Lewandowskiego. Gdy zgodnie z prawdą napisze się, że zagrał słabo, jego dozgonni apologeci pospieszą z argumentacją, że przecież w poprzednim sezonie strzelił 42 gole.

Gdy pochwalisz Flicka za słuszne posadzenie go na ławce, zaraz zlatuje się internetowa tłuszcza, by oznajmić, że gdy Niemiec w zeszłym sezonie stawiał na Polaka, to ten strzelał więcej. Bo to przecież takie oczywiste, że gdyby Lewandowski grał w obecnych rozgrywkach częściej, to i bramek byłoby proporcjonalnie więcej…

Jego dozgonni zwolennicy nawet nie raczą zauważyć, że używają czasu przeszłego. Czegoś, co w tak brutalnym biznesie, jak piłka ma naprawdę trzeciorzędne znaczenie.

Pisałem to już zresztą parę razy, ale pozwolę sobie powtórzyć: czy ktoś naprawdę sądzi, że kibice Barcelony woleliby mieć w swoich szeregach piłkarza zasłużonego, ale jednak niezbyt dobrze rokującego? Czy może jednak z mniej pokaźną gablotą trofeów, ale z większymi perspektywami na przyszłość? Pytanie retoryczne…

Dywagacje na temat przyszłości Lewandowskiego takowe już nie są, będziemy więc nimi karmieni przez kolejne tygodnie. Zabawa dopiero się zaczyna.

Related Articles

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to top button