Legia i Widzew – przepis na katastrofę [OPINIA]
![Legia i Widzew - przepis na katastrofę [OPINIA]](https://cdn2.el-balad.com/wp-content/uploads/2026/05/Legia-i-Widzew-przepis-na-katastrofe-OPINIA-780x470.webp)
22 maja 1996 roku. Legia była mistrzem Polski i raptem dwa miesiące wcześniej skończyła udaną, pierwszą w historii naszego futbolu, przygodę z Ligą Mistrzów. Dotarła do ćwierćfinału Champions League. Co prawda przegrała dwumecz z Panathinaikosem, ale ćwierćfinał Ligi Mistrzów polskiej drużyny nawet wówczas robił wrażenie. A dzisiaj w ogóle brzmi jak niewiarygodna bajka.
Drużyna z Łazienkowskiej miała wtedy piekielnie silny skład, ale na krajowym podwórku wyrósł jej godny konkurent – Widzew. Kibice z Łazienkowskiej byli przekonani, że w bezpośrednim “meczu o mistrzostwo” sezonu 1995/96 Legia poradzi sobie z ekipą z Łodzi i sięgnie po tytuł. Gospodarze prowadzili 1:0, wszystko szło dobrze, ale tylko do pewnego momentu.
ZOBACZ WIDEO: Takie dostali wiadomości. Przerażające. Życzą Polakom najgorszego
Najpierw wyrównał Marek Koniarek, a 9 minut przed końcem Legię dobił golem na 2:1 Piotr Szarpak. To był szok. Pamiętam tę przerażającą ciszę na stadionie. Mąciła ją jedynie radość grupki kibiców z Łodzi. Widzew sięgnął wtedy po tytuł i w kolejnym sezonie sam zagrał w Lidze Mistrzów.
A że historia lubi się powtarzać, kibice Legii przekonali się już po roku. Na finiszu sezonu 1996/97 Widzew znów przyjechał na Łazienkowską. Do 86. minuty Legia prowadziła pewnie 2:0. I wtedy wszystko się posypało. Najpierw gola zdobył Sławomir Majak, wyrównał w 88. minucie Dariusz Gęsior, a w 90. minucie zwycięstwo przypieczętował Andrij Michalczuk.
Znów cisza na Legii. Znów szok, niedowierzanie, że taka Golgota może się zdarzyć rok po roku. Tamto spotkanie zostało ochrzczone “meczem wszech czasów” naszej ligi. Więcej o nim TUTAJ.
Dziś oba kluby nie grają ani o tytuł, ani tym bardziej o Ligę Mistrzów. Ale stawka wcale nie jest mniejsza, bo Legia z Widzewem grają o zepchnięcie rywala w niebyt. Tak, degradacja do I ligi to jest niebyt. Przykład Wisły Kraków pokazuje, jak trudno wrócić do elity z pierwszoligowej otchłani.
Legia – zmarnowana dekada
Aleksandar Vuković, dziś trener Widzewa, a wcześniej sześciokrotny mistrz Polski z Legią jako zawodnik (3), asystent (2) i wreszcie pierwszy trener (1) mówi, że w piątek o 20.30 przy Łazienkowskiej historia nie będzie miała znaczenia. To prawda. A jednak trzeba wrócić do historii, by zrozumieć, dlaczego oba kluby dziś są na dnie Ekstraklasy, zamiast na jej czele. Zacznijmy klubu z Warszawy.
Gdy w listopadzie 2016 roku Legia zremisowała 3:3 w meczu Ligi Mistrzów z wielkim Realem Madryt, który wtedy do boju prowadził sam Cristiano Ronaldo w najlepszym momencie swojej kariery, wydawało się, że drużyna z Łazienkowskiej jest o krok od europejskiej elity. A może nawet, że w tej elicie już jest. Że za pieniądze z Ligi Mistrzów odjedzie krajowej konkurencji na lata świetlne i tyle ją widzieli.
Jak więc doszło do tego, że po ledwo dekadzie, klub potrafiący dotrzymać kroku piekielnie mocnemu Realowi, który wygrał Ligę Mistrzów trzy razy z rzędu (2016, 2017, 2018), dziś szoruje po dnie tabeli, grozi mu degradacja z Ekstraklasy, a na boisku prezentuje futbol tak siermiężny (by nie powiedzieć: prymitywny), że aż bolą oczy?
Degrengolada zaczęła się od choroby. Otóż właściciel klubu i jego prezes, Dariusz Mioduski zatruł się. Zatruł się swoją pychą. Wydawało mu się, że tytuły mistrzowskie w Polsce Legia będzie wygrywała seryjnie. Bez większego wysiłku, więc celem klubu jest Europa. Najlepiej ta spod znaku Ligi Mistrzów, bo to prestiż i kasa w jednym.
Pan Dariusz poczuł się demiurgiem, który ma pełnię wiedzy i władzy, więc futbolową rzeczywistość kreuje tak, jak tylko chce. Zwalniał więc trenerów, którzy zdobywali mistrzostwo i byli legendami klubu (Jacek Magiera, Aleksandar Vuković), zatrudniał w roli pierwszych trenerów, ludzi którzy trenerami nigdy nie byli (Romeo Jozak), byli trenerami drużyn… kobiecych (Dean Klafurić), albo z powodów etycznych w Legii nigdy nie powinni znaleźć zatrudnienia (Czesław Michniewicz, Ricardo Sa Pinto).
Bez wahania Mioduski snuł rozmaite wizje rozwoju klubu. Takie od ściany do ściany. Przekonywał: a to, że Legia będzie bazować i zarabiać na szkoleniu młodzieży, a to, że będzie skupowała najlepszych piłkarzy z Polski i krajów Europy środkowo-wschodniej i będzie ich sprzedawała z zyskiem. Później, że postawi na młodych Polaków i że klub będzie działał jak nowoczesna korporacja.
Legia z korporacji ma dziś tylko to, że też jest bezduszna. Bez skrupułów i ciepłych pożegnań tracili swoje posady nie tylko Magiera i Vuković, ale też inni, którzy mieli znaczące zasługi dla klubu: były dyrektor akademii Marek Śledź, były dyrektor sportowy Jacek Zieliński, trener bramkarzy Krzysztof Dowhań, Inaki Astiz, którego jesienią wsadzono na konia, każąc prowadzić pierwszy zespół czy Marek Gołębiewski, który w 2021 roku dostał podobną misję. Teraz z klubem żegna się w niejasnych okolicznościach wieloletni kierownik drużyny Konrad Paśniewski.
Konik prezesa
Nikt tak jak Mioduski nie potrafi sam sobie zaprzeczać. Pamiętam, jak gorliwie przekonywał, że najważniejsza w klubie jest stabilizacja, więc właśnie zatrudnił “trenera na lata”. Po czym tegoż “trenera na lata” bezceremonialnie zwalniał, łapiąc się jakiejś innej, zupełnie nowej koncepcji. Za każdym razem, kiedy te wizje i koncepcje rozjeżdżały się z rzeczywistości, pan Dariusz uznawał, że już następnym razem na pewno się uda. Że to rzeczywistość dostosuje się do jego koncepcji. Efekt był łatwy do przewidzenia.
Liczba niespójnych koncepcji i głupstw wypowiedzianych przez właściciela Legii przez ostatnią dekadę jest zastraszająca. Więc tylko jako anegdotę przypomnę, że Dariusz Mioduski głosił na przykład, że inne polskie kluby powinny chętnie sprzedawać do Legii swoich najlepszych, młodych piłkarzy. Bo klub z Warszawy to znana marka w Europie i później sprzeda tych zawodników drożej, a pieniędzmi z transferu się przecież podzieli (sic!).
Prezes Legii nie tylko mówił to poważnie, ale nawet sam w to wierzył. Że też w takim np. Lechu czy Jagiellonii kompletnie się nie poznali na tej światłej koncepcji…
Zresztą szkolenie młodzieży to konik właściciela. Za ciężkie pieniądze udało się zbudować Legia Training Center. Akademia nawet nieźle szkoli, ale nie dla Legii. W satelickiej Pogoni Grodzisk (1. liga), z której zimą ściągnięto Rafała Adamskiego, gra Oliwier Olewiński, zawodnik Legii. On już dziś czapką nakrywa takiego Petara Stojanovicia, na którego klub z Łazienkowskiej trwoni pieniądze.
W Grodzisku (a właściwie w Pruszkowie, bo tam swoje mecze rozgrywa Pogoń) występuje też inny legionista – Mateusz Szczepaniak. W obecnej Legii nie ma pół zawodnika, który umie dryblingiem minąć rywala. Tymczasem Szczepaniak kiwa całą 1. ligę.
Teraz zagadka: Legia ma dwóch dyrektorów sportowych: Michała Żewłakowa i Frediego Bobica. Proszę zgadnąć jak często można ich spotkać w Pruszkowie, gdzie mogliby oglądać występy aż czterech wypożyczonych tam legionistów? Nagród nie będzie, zagadka jest zbyt prosta…
Co gorsza, tak zarządzanej Legii udało się roztrwonić wszystkie pieniądze z Ligi Mistrzów i musiała “szyć”. Najpierw pożyczek udzielał klubowi sam właściciel, później zaczęło się pożyczanie pieniędzy na zewnątrz. Obsługa zadłużenia ciąży klubowi do dziś. Kolejni dyrektorzy sportowi Legii zamiast szukać piłkarzy, muszą szukać pieniędzy (“najpierw kogoś sprzedaj, to będziesz miał środki, żeby kogoś kupić”). A gdy np. Jacek Zieliński sprzedał Ernesta Muciego i Bartosza Slisza w sumie za 13 mln euro, nie pozwolono mu tych środków przeznaczyć na wzmocnienia.
Legia przegapiła moment, kiedy inne polskie kluby wykonały gigantyczny krok do przodu. Zwiększyły budżety, zaczęły zatrudniać kompetentnych dyrektorów sportowych, zdolnych trenerów, zaczęły szkolić młodych piłkarzy i sprzedawać ich na Zachód. Plany Legii realizowano wszędzie w Polsce z wyjątkiem Łazienkowskiej.
Dziś klub ma na tyle trudną sytuację finansową, że chcąc zimą pozyskać z Pogoni Grodzisk Rafała Adamskiego, zaproponował swojemu klubowi satelickiemu spłatę 120 tys. zł w… ratach.
Mało tego. Żeby przeżyć trzeba było zimą sprzedać do Widzewa Steve’a Kapuadiego. Który klub sprzedaje najlepszego obrońcę odwiecznemu wrogowi, który na dodatek jest bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie?
Legia (czytaj: jej właściciel) nie uczy się na błędach. Nie wyciągnięto wniosków z sezonu 2021/22, gdy po fatalnych wynikach w lidze Legii Michniewicza, drużynę znad przepaści uratował Aco Vuković. Po czterech latach klub z Łazienkowskiej znów jest na krawędzi. Z tym, że w 2022 roku sytuacja klubu była bezpieczna już po kilku pierwszych kolejkach rundy wiosennej. W obecnym sezonie kibice z Łazienkowskiej mają zapewniony thriller do samego końca rozgrywek. Może nawet do ostatniej kolejki. Przypomnijmy, że Legia nie spadła z ligi od czasów II wojny światowej.
Dariusz Mioduski – delikatnie mówiąc – nie ma ręki do ludzi. Jego kompetencje menadżerskie do samodzielnego zarządzania klubem są, jak widać po ostatniej dekadzie, niewystarczające. A od właściciela wszystko się zaczyna i przewraca jak klocki domina. Niekompetentny właściciel zatrudnia niewłaściwych ludzi do zarządu. Ci zatrudniają “nietrafionych” dyrektorów sportowych. Oni z kolei wybierają niewłaściwych trenerów, nie trafiają z transferami. Przepis na katastrofę gotowy.
Dziś kibice oczekują od właściciela już tylko jednego: żeby sprzedał klub! Ale tak łatwo to nie pójdzie. Nawet nie chodzi o cenę, a o to, kim byłby Dariusz Mioduski bez Legii.
Widzew – rewolucja, która zmiotła drużynę
W Łodzi przywitano sprzedaż klubu nowemu właścicielowi z wielkim entuzjazmem. Milioner Robert Dobrzycki jest prezesem i współwłaścicielem logistycznego giganta – Panattoni. W swojej branży jest dominatorem, który grubo inwestuje i na tym wygrywa. Ten skuteczny w biznesie model chciał przeszczepić na grunt sportowy i póki co, odbił się od ściany.
Jest – jak inni przed nim milionerzy-futbolowi nuworysze. Nie ma cierpliwości, chce sukcesu natychmiast, więc nie szczędzi środków. Chętnych na pieniądze w polskiej piłce nigdy nie brakowało, odchudzają więc zespołowo portfel Dobrzyckiego.
Właściciel Widzewa idzie dokładnie tą drogą, która sporo kosztowała choćby Bogusława Cupiała, Zbigniewa Drzymałę czy Józefa Wojciechowskiego. Dobrzycki przepłaca i ciągle jest sfrustrowany. Był taki moment, że przestał się nawet pojawiać na meczach Widzewa, bo trudno mu było znieść nieustanne porażki. W biznesie nie jest do tego przyzwyczajony.
Tak jak innych milionerów-futbolowych nuworyszy, Dobrzyckiego też obsiedli podpowiadacze. Jeden poleci trenera, inny dyrektora sportowego, jeszcze inny zawodnika. Gotówka płynie, wyników nie ma. Był moment, że w klubie pracowało równocześnie trzech dyrektorów sportowych, teraz jest “tylko” dwóch, co upodabnia Widzew do Legii.
Sukcesy ci wszyscy dyrektorzy obu klubów razem wzięci, mają podobne. Gdyby takie dokonania mieli dyrektorzy w Panattoni, Dobrzycki nie miałby z czego żyć. Ale futbol rządzi się swoimi prawami.
Sztandarowym dokonaniem “dyrektoriatu” sportowego Widzewa jest transfer Osmana Bukariego. Zapłacono za niego 5,5 mln euro i pożytek z niego żaden. Według doniesień medialnych zarabia 1,2 mln euro za sezon. Gdy do klubu przyszedł Aleksandar Vuković ocenił, że Ghańczyk, póki co, nie załapie się nawet do 20-osobowego składu meczowego!
A że Widzew grał mecz ligowy w okolicy Dnia Kobiet, Bukariemu znaleziono inną robotę: rozdawał kobietom przed stadionem kwiaty na 8 marca. “Najdroższy na świecie doręczyciel kwiatów” – napisały następnego dnia łódzkie media.
Ale to nie wszystko. Kiedy Bukari długo nie wracał do składu, dziennikarze zaczęli pytać, czy jest kontuzjowany. Okazało się, że nie. Piłkarz wyleciał w środku sezonu do Ghany, bo mu się polska wiza skończyła i miał kłopoty z powrotem. W walce Widzewa o utrzymanie piłkarz za 5,5 mln euro (rekord Ekstraklasy) okazał się kompletnie nieprzydatny. Transfer-mem.
Do Widzewa sprowadza się – za pieniądze Dobrzyckiego – piłkarzy wagonami. Płaci się jak za złoto. Klub ma już czwartego trenera w tym sezonie. Rewolucja personalna zmiotła drużynę. Nie da się budować zespołu, jeśli Widzew funkcjonuje jak tramwaj: ciągle ktoś wysiada i ciągle ktoś nowy się dosiada. Tak się nie buduje drużyny piłkarskiej.
Niezależnie od tego, czy łodzianie utrzymają się w Ekstraklasie czy nie, rozliczenia nastąpią po sezonie. Los dyrektora Dariusza Adamczuka wydaje się przesądzony. Drugi dyrektor Piotr Burlikowski na razie schował się za kolegę i próbuje przetrwać.
Zbigniew Boniek kilka dni temu nagle ogłosił miastu i światu, że “nigdy nie doradzał panu Robertowi Dobrzyckiemu”.. Pewnie o tym, skąd w Widzewie wziął się Burlikowski, też nic nie wie. No cóż, porażka jest sierotą.
Trudno powiedzieć, że to, że Legia i Widzew są na dnie Ekstraklasy to przypadek, zrządzenie losu. W obu klubach uczciwie zapracowano, żeby dzisiejszy ligowy klasyk tak bardzo różnił się od pamiętnych rywalizacji tych klubów, w drugiej połowie lat 90.
Dariusz Tuzimek, WP SportoweFakty




