News UK

Łapiński: w Krakowie wydarzyła się rzecz bez precedensu w historii III RP

Pierwsza polityczna bitwa już się zaczyna. To będzie walka o interpretację wyniku. Opozycja będzie próbowała pokazać referendum jako sygnał o znaczeniu ogólnopolskim. Będzie przekonywać, że mieszkańcy Krakowa nie ocenili wyłącznie lokalnych władz, ale wystawili rachunek polityce obecnego obozu rządzącego.

“Dzisiaj Miszalski, jutro Tusk” — będą zapewne przekonywać w trakcie konferencji i wywiadów politycy PiS czy Konfederacji. Będą mówić, że to, co w niedzielę wydarzyło się w Krakowie, to zapowiedź zmiany władzy za rok w wyborach parlamentarnych. “Jeszcze będzie Kraków w Warszawie” — usłyszymy.

Z kolei Koalicja Obywatelska będzie robiła wszystko, by jak najszybciej odciąć Kraków od Warszawy, od przełożenia tego wyniku na politykę krajową.

Narracja może być przewidywalna: lokalna specyfika, lokalne emocje, lokalne problemy i nic więcej. Pojawiły się już głosy bagatelizujące referendum: że przecież 70 proc. uprawnionych nie poszło na referendum, że zdecydowała mniejszość, a w przedterminowych wyborach i tak zapewne wygra kandydat wskazany przez KO.

Aleksander MiszalskiMarek Lasyk/REPORTER / East News

Najgroźniejszy bywa precedens

Każda partia robi dokładnie to samo — sukces przeciwnika pomniejsza, własne sukcesy powiększa. Ale polityczny problem dla KO może być znacznie poważniejszy niż jeden przegrany samorząd. Bo w polityce czasami nie sam wynik jest najgroźniejszy. Najgroźniejszy bywa precedens, a Kraków właśnie taki precedens stworzył.

Dotąd wielu wyborców mogło myśleć, że referendum odwoławcze to bardziej polityczna teoria niż praktyka. Coś, o czym się mówi, ale co i tak kończy się fiaskiem przez zbyt niską frekwencję. Kraków właśnie pokazał coś odwrotnego: że można. I właśnie to słowo może być teraz najważniejsze.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Można zebrać podpisy. Można zmobilizować ludzi. Można doprowadzić do głosowania. Można odwołać prezydenta dużego miasta. Co więcej, inicjatywa referendum wyszła od lokalnych środowisk, a partie się do niej później przyłączyły. To może uruchomić mechanizm politycznego naśladownictwa. Bo jeśli udało się w Krakowie, to natychmiast pojawi się pytanie: dlaczego nie u nas? Rzeszów, Wrocław, kto następny?

Tam, gdzie są spory o transport, inwestycje, ceny komunikacji miejskiej, lokalne podatki, politykę przestrzenną czy miejskie wydatki, mogą pojawić się środowiska, które powiedzą: spróbujmy. W dobie mediów społecznościowych łatwiej i taniej można dotrzeć do wyborców z tematami, które ich wkurzają. I tutaj zaczyna się potencjalny problem dla koalicji rządowej.

Bo w większości dużych miast rządzą dziś prezydenci czy burmistrzowie związani lub wspierani przez środowiska Koalicji Obywatelskiej. Oczywiście nie oznacza to, że nagle przez Polskę przejdzie fala skutecznych referendów. Ale nie o same referenda chodzi. Chodzi o polityczną energię. Bo nawet jeśli dziewięć na dziesięć takich inicjatyw zakończyłoby się niepowodzeniem, to każda z nich oznaczałaby lokalną polityczną wojnę. Każda wymagałaby tłumaczenia się, bronienia decyzji, gaszenia kolejnych pożarów. Zamiast politycznej ofensywy pojawiłaby się polityczna obrona.

Sygnał ostrzegawczy

Donald TuskAnita Walczewska / East News

W politycznym języku można byłoby powiedzieć, że dla obozu rządzącego mogłoby to oznaczać ryzyko wielu lokalnych frontów otwierających się jednocześnie. Nie jednego problemu, ale dziesiątek mniejszych, rozrzuconych po całym kraju. I właśnie takie sytuacje bywają dla władzy najtrudniejsze. Bo jedną dużą burzę można próbować przeczekać, ale gorzej, gdy codziennie pojawiają się nowe.

Do tego dochodzi jeszcze jeden problem. W ostatnich tygodniach można było odnieść wrażenie, że część polityków Koalicji Obywatelskiej nie rzuciła się gremialnie do obrony prezydenta Krakowa. Nie było wielkiej politycznej mobilizacji, mocnych symbolicznych gestów ani poczucia, że całe środowisko gra do jednej bramki.

Mogło wręcz się wydawać, że niektórzy zaczęli myśleć już o dniu następnym. Mniej o ratowaniu Aleksandra Miszalskiego, a bardziej o tym, kto mógłby zostać nowym kandydatem w kolejnych wyborach prezydenta Krakowa, które muszą się odbyć w najbliższych miesiącach. Dlatego Kraków może okazać się dla KO czymś więcej niż lokalnym problemem, zwłaszcza że do wyborów parlamentarnych pozostało mniej niż półtora roku.

Dla Koalicji Obywatelskiej, szczególnie na rok przed wyborami, wynik krakowskiego referendum może być sygnałem ostrzegawczym. Jeszcze nie politycznym trzęsieniem ziemi. Jeszcze nie alarmem. Ale sygnałem, którego rozsądni politycy nie powinni lekceważyć, nawet jeśli w kolejnych wyborach nowy kandydat KO wygra.

Jedno referendum nie obala żadnego politycznego porządku i nie przesądza o wyniku przyszłych wyborów. Ale potrafi zrobić coś innego: wysłać sygnał ostrzegawczy. A polityka pełna jest historii tych, którzy takie sygnały usłyszeli za późno albo nie chcieli ich usłyszeć.

CZYTAJ WIĘCEJ: Sędziowie reagują na nominację dla nowego I prezesa SN. “Wybór najmniej zły ze złych”

Related Articles

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to top button